Tak się ciekawie składa, że bardzo rzadko wykonywane u nas symfonie angielskiego kompozytora Ralpha Vaughana Williamsa najczęściej słyszę właśnie w Filharmonii Narodowej. Tak było bodaj w 2011 roku, kiedy Antoni Wit poprowadził pierwsze polskie wykonanie Symfonii morskiej; tu też dane mi było usłyszeć rewelacyjną, świetnie wykonaną i wyrazistą Czwartą pod batutą zmarłego już Israela Yinona.
Teraz (w moim przypadku – w sobotę) przyszła kolej na Symfonię londyńską, czyli Drugą. Poprowadził ją Vasily Petrenko, obecnie szef artystyczny Royal Philharmonic Orchestra. Utwór to arcyciekawy, barwny i doskonale zorkiestrowany, choć momentami może nieco rozwlekły i prowadzony zbyt szeroko. Wykonanie pod batutą Petrenki było wspaniałe – doskonale zniuansowane, pełne niezbędnych kontrastów, tak agogicznych, jak i dynamicznych. Przepięknie brzmiało już eteryczne piano, od którego rozpoczyna się cała opowieść. Orkiestra była przygotowana znakomicie – to wielka radość słyszeć ten zespół w tak dobrej formie! Dotyczyło to właściwie każdej sekcji, choć szczególną uwagę zwrócili na siebie muzycy wykonujący partie solowe na rożku angielskim, altówce i waltorni (ta ostatnia miała przepiękne piana!). Przede wszystkim jednak było to charyzmatycznie prowadzone wykonanie pełne energii i życia. Czuć było także chemię między dyrygentem a orkiestrą. Szkoda, że Vaughana Williamsa gra się u nas tak rzadko. Okazjonalnie sięga po niego niezastąpiony Łukasz Borowicz, który dyrygował już Sinfonia antartica i operą Riders to the Sea.
Po przerwie zabrzmiał kolejny utwór, którego wcześniej nie słyszałem na żywo – symfonia chóralna Dzwony Siergieja Rachmaninowa, oparta na luźnym rosyjskim tłumaczeniu wiersza „The Bells” Edgara Allana Poego w opracowaniu Konstantyna Balmonta. Nie wiem, czy jest ono dobre – u Poego w angielskim oryginale pełno jest rytmicznych powtórzeń, których u Balmonta nie znajdziemy. Pojawiają się za to wątki wojny i pogrzebu, których nie było w oryginale. Petrenko nagrał niedawno ten utwór z RPO dla wytwórni Harmonia Mundi; słyszałem to nagranie – jest świetne. Nie jest to mój ulubiony utwór tego kompozytora, ale w tej rejestracji słychać było, że Petrenko doskonale wie, jak podkreślić jego walory. Na żywo wypadło to jeszcze lepiej. Był tu przepych, był patos, były potężne, jędrne i barwne kulminacje. Każde z czterech ogniw zostało poprowadzone w wyrazisty sposób: pierwsze – energicznie i lekko, drugie – lirycznie, trzecie – piorunująco agresywnie, a całość domknął przejmujący lament. Orkiestra ponownie pokazała, na co ją stać – słychać było mnóstwo detali orkiestracji, a całość brzmiała jędrnie i była poprowadzona z pełnym przekonaniem. Partie solowe wykonywała Estonka Mirjam Mesak oraz dwaj Ukraińcy – tenor Dmytro Popov i baryton Andrii Kymach. Sopranistka miała znakomity głos, choć nie jestem przekonany co do jakości jej dykcji. Obaj panowie byli rewelacyjni, przy czym szczególnie wielkie wrażenie wywarł potężny, pełen ekspresji i emocjonalnej głębi głos Kymacha. Jeśli chodzi o chór, przygotowany przez Bartosza Michałowskiego – wypadł wspaniale. Nie wiem, czy jest dziś w Polsce lepszy zespół chóralny. Szczerze wątpię!
Rewelacyjny koncert – pod każdym względem.
foto. Svetlana Tarlova
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć niezależną krytykę? Odwiedź mój profil w serwisie Patronie.pl i zostań mecenasem Klasycznej Płytoteki:
