Eric Lu i Niklas Willén w Filharmonii Narodowej

Program sobotniego koncertu w Filharmonii Narodowej stanowił ciekawy miks tego co popularne i tego co relatywnie mało u nas znane i chyba jeszcze nie do końca docenione. Układ był konwencjonalny – uwertura, koncert i symfonia. Część pierwsza poświęcona była dziełom rosyjskiego romantyzmu, w drugiej zaś zabrzmiał utwór kompozytora duńskiego.

Szwedzki dyrygent Niklas Willén, który wystąpił w FN po raz ostatni w styczniu ubiegłego roku, rozpoczął koncert od dynamicznego wykonania uwertury do opery Kniaź Igor Aleksandra Borodina. Ten fragment opery, dokończony zresztą przez Rimskiego-Korsakowa i Głazunowa, jest zdecydowanie mniej znany od namiętnych i drapieżnych Tańców połowieckich. Wykonany został bardzo sprawnie, precyzyjnie i potoczyście (świetne drewno!), ale nie jest to dzieło, które pozostaje na dłużej w pamięci słuchającego. W melodyce i orkiestracji czuć fascynację muzyką wschodu, co akurat wypada zaliczyć na plus.

Kolejnym punktem w programie był I Koncert fortepianowy b-moll Piotra Czajkowskiego. Istny evergreen, jeden z najbardziej znanych utworów tego kompozytora i jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł szeroko pojętej muzyki klasycznej w ogóle. Trudno do tak zgranego utworu dodać coś nowego, stworzyć kreację prawdziwie twórczą, co może po części tłumaczyć sposób, w jaki koncert zagrał Eric Lu, jeden z laureatów ostatniego Konkursu Chopinowskiego. Jego gra była sprawna i zręczna, ale pozbawiona ekspresji i indywidualnego piętna. Lu sprawiał wrażenie sprawnie działającej maszyny, nastawionej na technicznie bezbłędną realizację zapisu dzieła. Była to jednak realizacja zimna. Lu wiedział jak zagrać, ale chyba nie bardzo wiedział po co. O wiele ciekawsze rzeczy działy się w orkiestrze. Willén poprowadził ją brawurowo, wydobywając z niej wiele intrygujących detali. Świetne były ciche zawołania trąbek, dźwięczne pizzicata smyczków czy tak z pozoru nieistotny szczegół jak detale partii fagotów, które były tu dobrze słyszalne. Orkiestra Filharmonii Narodowej jest w świetnej formie, a dyrygent dobrze wiedział co zrobić z oddanym mu do dyspozycji zespołem. Dyrygował zresztą z zapałem i entuzjazmem, których wyraźnie brakowało w grze solisty.

Podczas swojej poprzedniej wizyty Willén poprowadził orkiestrę FN w jej pierwszym wykonaniu VI Symfonii Jeana Sibeliusa. Tym razem po raz pierwszy w wykonaniu tego zespołu zabrzmiała Piąta Carla Nielsena, napisana na początku lat 20. ubiegłego stulecia. To dzieło o tyle nietypowe, że dwuczęściowe, wyróżnia się też rozbudowaną partią perkusji. Z tego też powodu muzyka budzi po części skojarzenia militarne, po części zaś pastoralne, gdyż są tutaj także odcinki liryczne, śpiewne i może nawet odrobinę melancholijne. Jest to utwór atrakcyjny i przystępny w odbiorze, a rozlegające się w pierwszej części ostinato werbla (dobarwione brzmieniem talerzy, trójkąta i tamburynu) jest wyraziste i mocno zapada w pamięć. Kompozytor każe je zresztą później powtórzyć muzykowi grającemu za sceną, co daje intrygujący efekt. Ten efektowny utwór został zagrany przez orkiestrę FN pod dyrekcją Willéna brawurowo. Kapitalnie, wyraziście i efektownie zrealizowana została partia perkusji. Także wszystkie pozostałe sekcji orkiestry zaprezentowały się od jak najlepszej strony. Wykonanie symfonii duńskiego kompozytora było bez wątpienia najciekawszym i najbardziej atrakcyjnym elementem koncertu. Na pewno o wiele bardziej atrakcyjnym niż gra chyba trochę przereklamowanego pianisty.

4 thoughts on “Eric Lu i Niklas Willén w Filharmonii Narodowej

  1. Mnie bardzo zdziwiło, że Lu zdecydował się na Czajkowskiego, trudno wyobrazić sobie bardziej odległego kompozytora od jego predyspozycji, natury, skłonności do szukania gry w kolorystyce, brzmieniach. Inną rzeczą jest to, że to pianista z gruntu daleki od formuły koncertowania z orkiestrą. Przynajmniej na teraz. Wykonania Beethovena z konkursu w Leeds, w którym wygrał, trudno słuchać bez kręcenia się. Jemu raczej brakuje rozmachu do takich utworów, zresztą niewielu tak naprawdę wbrew pozorom zagrało satysfakcjonująco ten do bólu ogrywany koncert Czajkowskiego. Sama orkiestra jak dla mnie brzmiała skostniale pomimo starań dyrygenta. I szczerze nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałem w tej sali dobre wykonanie koncertu Czajkowskiego, czy Rachmaninowa. I nie znaczy to, że nie są w formie, symfonia Nielsena pokazała, że są, jednak co raz częściej nie potrafię czerpać satysfakcji z ich wykonań typowego repertuaru romantycznego. Szeherezada wykonana jakiś czas temu wyszła wręcz komicznie, koncert Dworzaka tak ospale, że trudno było usiedzieć nawet soliście. Im dalej od XX wieku tym niestety okrutniej . W tym, że dobrze wykonują Nielsena, , Strawinskiego, Szymanowski, czy Góreckiego z nieznośnym traktowaniem XIX wieku cały czas widzę pokłosie tradycji Antoniego Wita. I chociaż Kasprzyk chciał stworzyć zespół który bez wstydu mógłby grać Mahlera, czy Straussa, ja jednak nie dostrzegam istotnego progresu w tym względzie. Choć w jakimś sensie rękę Boreyki już czuć, jednak to dalej przestrzeń muzyki XX wiecznej. Do wykonań pod batutą Jerzego Semkowa nawet nie jesteśmy blisko. Inna rzecz , że on miał rękę do muzyki rosyjskiej, czy w ogóle XX wiecznej, jego Mahler to była poezja.

    Pozdrawiam

    1. Dziękuję za długi i rzeczowy komentarz 😉 Tak się akurat składa, że Koncert b-moll słyszałem w FN ostatni raz właśnie pod batutą Semkowa, a to było dobrych kilkanaście lat temu. Myślę że trudność w graniu tego utworu polega na tym, że łatwo popaść tam w banał i efekciarstwo. Lu zdecydowanie ten utwór nie leżał i to było słychać. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o orkiestrę FN (i w ogóle o każdą orkiestrę) to bardzo wiele zależy od charyzmy dyrygenta. Nie słyszałem koncertu pod batutą Salwarowskiego, ale Szeherezada pod dyrekcją Eiji Oue, grana kilka lat temu, była świetna, tak samo jak akompaniament do Koncertu h-moll Dvořáka z Mishą Maiskym, którym dyrygował Kaspszyk. Jeśli już o niego i o Wita chodzi to nie mogę się powstrzymać od stwierdzenia, że obaj panowie mieli swoje momenty – zarówno dobre jak i drętwe. Jak będzie z Boreyką? Zobaczymy, podczas koncertu inauguracyjnego różnica była słyszalna. Czekałem bardzo na jego koncert z V Symfonią Mahlera, ale czy się go doczekamy – nie wiadomo… Pozdrawiam!

    1. Tak, Helios był już w zeszłym roku 😉 Ale to jednak bardziej zachowawczy Nielsen, nie tak intrygująco dziwny jak w V Symfonii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.