Gustav Mahler i Pieśń o ziemi – część pierwsza

Gram sobie często Pieśń o ziemi.
Jest ona niewiarygodnie piękna.

Tak pisał w 1911 roku Anton Webern w liście do Albana Berga na temat tego utworu Gustava Mahlera. Było mi szczególnie trudno podjąć decyzję o pisaniu o utworze tego kompozytora. Mam do tej muzyki szczególny rodzaj sentymentu i respektu, który utrudnia jej obiektywną ocenę. A już skrajnym przypadkiem w całym świecie muzyki Mahlera są jego dwa ostatnie ukończone utwory – IX Symfonia i właśnie Pieśń o ziemi. Jest w nich coś tak szczególnego, poruszającego tak głęboko, że trudno wyobrazić poddawanie ich jakiejkolwiek analizie. Emocje w obu tych utworach wydają się tak skondensowane, a wszystkie elementy ułożone w tak przemyślany sposób, że nie sposób włożyć żyletki pomiędzy nuty. Ale przejdźmy już do samej Pieśni o ziemi. Dlaczego warto zajmować się tym utworem?

Bo jest niewiarygodnie piękny.

Kiedy powstała Pieśń o ziemi? Mahler napisał ją w 1908 roku, w czasie dla siebie bardzo trudnym, pełnym goryczy. W zeszłym roku zmarła jego starsza córka, w nie najmilszych okolicznościach zrezygnował ze stanowiska dyrektora Opery Wiedeńskiej, a na dodatek dowiedział się o ciężkiej chorobie serca, która wywróciła jego życie do góry nogami. Das Lied von der Erde to jego reakcja na te wydarzenia. Kompozytor zaczerpnął teksty ze zbioru poezji Hansa Bethgego Die chinesische Flöte. Bethge nie stworzył tam własnych utworów- sparafrazował wiersze poetów starochińskich z VIII i IX wieku naszej ery. Proweniencja tekstów wpłynęła na charakter utworu, na pewien orientalny posmak muzyki Mahlera.

Pieśń o ziemi składa się z sześciu części:

  1. Das Trinklied vom Jammer der Erde (Toast o ziemskiej biesiadzie)
  2. Der Einsame im Herbst (Samotny jesienią)
  3. Von der Jugend (O młodości)  
  4. Von der Schönheit (O pięknie
  5. Der Trunkene im Frühling (Pijany wiosną)
  6. Der Abschied (Pożegnanie)

Rozkład napięć jest nietypowy. Cała rzecz trwa mniej więcej godzinę, ale pięć pierwszych pieśni jest przygotowaniem do tej ostatniej. To w niej następuje swoiste rozwiązanie akcji.

O czym mówią teksty Pieśni o ziemi? O najbardziej podstawowych sprawach, które dotyczą każdego. O przemijaniu, o iluzjach którymi się otaczamy, żeby nie zadawać sobie egzystencjalnych pytań, o samotności i świadomej akceptacji własnej śmiertelności. Żeby słuchać tego utworu ze zrozumieniem – musicie znać teksty. Polskie tłumaczenia znajdziecie w książce Bohdana Pocieja – Szkice z późnego romantyzmu. Wersję angielską znajdziecie TUTAJ. Pisząc o jakimś fragmencie tego utworu – będę odwoływał się do tekstu. Co jeszcze wyróżnia Das Lied von der Erde?

To, że jest ona niewiarygodnie piękna.

Mahler używa tu dużej orkiestry, ale traktuje ją w oszczędny sposób. Zdarzają się tu długie odcinki, w których słychać tylko kilka instrumentów. Początek drugiej części – akompaniament w skrzypcach w rytmie ósemkowym, melodia w oboju. Albo cudownie piękny fragment Pożegnania, w którym głos śpiewaka przeplata się z dźwiękiem fletu, a w rejestrze basowym kontrabasy trzymają jeden dźwięk. Przykłady mógłbym mnożyć. Rzecz w tym, że zmniejszenie składu wymusza koncentrację i tworzy specyficzny, intymny klimat. Zasadniczo dzieło przeznaczone jest na tenor (pieśń pierwsza, trzecia i piąta) i alt (pieśń druga, czwarta i szósta), ale Mahler dopuszczał też możliwość zastąpienia altu barytonem. Dość rzadko się z tej opcji jednak korzysta. Kontrast pomiędzy głosem męskim i żeńskim wydaje się bardziej naturalny, przynajmniej jeśli nie mamy dwóch bardzo różniących się od siebie głosów. Nagrania Pieśni o ziemi to nie tylko interpretacje orkiestry i dyrygenta – to także kreacje solistów.

Mówię te wszystkie rzeczy, ale cały czas krążę naokoło podstawowego pytania: co takiego jest w Pieśni o ziemi?

To, że jest ona niewiarygodnie piękna.

To emocjonalnie kaloryczny utwór. Możesz posłuchać dziennie dwóch nagrań Morza Debussy’ego, ze dwóch nagrań Piątej Beethovena, ale z Pieśnią o ziemi ten numer nie przejdzie. Ona dociera za głęboko. Wali w samo sedno z taką mocą, że przez jakiś czas trzeba wracać do siebie. Pisanie tego przewodnika będzie mnie dużo kosztowało. To dzieło którego zazwyczaj słucham przy szczególnych okazjach, kiedy głowa jest wolna i można zatopić się w jego świat, a potem w miarę łagodnie powrócić. Co najciekawsze – największa moc Pieśni o ziemi przejawia się we fragmentach najcichszych, najbardziej skoncentrowanych i intymnych. Każda jej nuta jest autentyczna.

I to jest w niej niewiarygodnie piękne.

Mahler nie dożył prawykonania Pieśni o ziemi. Pół roku po jego śmierci utwór po raz pierwszy poprowadził Bruno Walter i to jego przez wiele lat uważano za dyrygenta, który to dzieło zarejestrował po raz pierwszy w maju 1936 roku. Istnieją jednak dwa wcześniejsze nagrania fragmentów tej kompozycji. Pierwsze, do którego nie udało mi się dotrzeć, pochodzi z nagrania live ze Sztokholmu i zawiera część drugą i czwartą. Śpiewa Kerstin Thorborg, dyryguje Vaclav Talich. Drugie to koncertowe wykonanie, którym dyrygował nie kto inny a Oskar Fried. Jego rejestracja cudem przetrwała do naszych czasów. Nagrał ją bowiem prywatnie pewien słuchacz BBC. Później nagranie trafiło do British Library, a stamtąd – prosto na płytę Oskar Fried. Mahler’s Disciple, wydaną przez wytwórnię Arbiter. Zarejestrowany fragment obejmuje prawie całą część czwartą, bez ostatnich ośmiu taktów. Astra Desmond śpiewa po angielsku, co może być sporym zaskoczeniem. Interpretacja jest silnie skontrastowana. O ile początkowy i końcowy epizod jest liryczny, powolny, zmysłowy i przepięknie frazowany:

 

O tyle środkowy odcinek z jeźdźcami nad rzeką Fried bierze w zawrotnym tempie, wynajduje również nadspodziewanie dużo detali w partii blachy:

 

Pomimo tych kontrastów interpretacja jest spójna, a wszelkie zmiany są dobrze zaplanowane. Kiedy śpiewaczka powraca w środkowym epizodzie – Fried nieco zwalnia, przez co bez wątpienia ułatwił jej zadanie.

Oskar Fried, Astra Desmond, BBC Symphony Orchestra, 1936, 6:48 (S) Arbiter

 

Bruno Walter nagrał Pieśń o ziemi po raz pierwszy w maju 1936 roku. Upamiętnił w ten sposób 25. rocznicę śmierci swojego przyjaciela i mentora. Jego rejestracja ma oczywiście ogromne znaczenie historyczne – to w końcu pierwsze kompletne nagranie tego dzieła. Na dodatek wyszło spod batuty osoby, która poprowadziła prawykonanie i która rozmawiała o tym utworze i jego interpretacji z Mahlerem. Jest jednak kilka czynników które skłaniają do tego, żeby tej wersji nie uznawać za definitywną. Przede wszystkim – dźwięk. Najlepiej słychać sekcję smyczków. Z innymi sekcjami orkiestry różnie bywa – najczęściej arabeskowa orkiestracja Mahlera przykryta jest albo dźwiękiem smyczków, albo głosami solistów. Zapomnijcie o drewnie, harfach i tam-tamie. Jeśli chodzi o interpretację Waltera – dyrygent wiernie podąża za wszystkimi zmianami tempa i ekspresji. Rzecz w tym, że jego wersja jest, jakby pewnie powiedział sam Mahler, sehr fliessend. Bardzo płynna. Momentami zbyt płynna. O ile kompozytor zadaje w tym dziele pytania – o tyle Walter wydaje się posiadać odpowiedzi, których udziela dość pospiesznie. Przez to pewne fragmenty brzmią powierzchownie, a dyrygent nie wydaje się zainteresowany odnajdywaniem w nich jakiejś specjalnej głębi. Soliści? Przede wszystkim – są dobrze nagrani, chociaż czasami zagłuszają orkiestrę. Charles Kullman nie przypadł mi do gustu w pierwszej części. Jego interpretacja jest jak na mój gust zdecydowanie zbyt egzaltowana i nie współgra z akompaniamentem Waltera:

 

Część drugą dyrygent prowadzi bardzo szybko. Niewiele tu melancholii czy zadumy. Kerstin Thorborg nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Śpiewa naturalnie, ale w tak szybkim tempie muzyka traci wiele na charakterze:

 

W trzeciej części panowie współpracują już bardziej efektywnie niż w pierwszej. Dużo tu wigoru i energii, a Walter znakomicie podkreśla rytmikę. Posłuchajmy zakończenia:

 

O pięknie? Początek poprowadzony niecierpliwie, niemal pożądliwie. Do szybkiej sekcji środkowej Walter przechodzi płynnie, ale nie kontrastuje zbytnio obu sekcji, jak uczynił to Fried. Ten pierwszy trzyma niespieszne tempo, za co z pewnością Thorborg była mu wdzięczna:

 

Piąta część wypada znakomicie, a Kullman i Walter również tutaj odnajdują wiele ożywczej energii. Zwróćcie uwagę na solówkę skrzypiec. Jest cudownie staroświecka. Taki sentyment bez sentymentalizmu:

 

Pożegnanie rozczarowuje. Walter pędzi na złamanie karku, nie buduje atmosfery, nie daje frazom wybrzmieć. Taki pośpiech w ogóle nie pasuje do tej muzyki, niewiele tu atmosfery tajemnicy czy skupienia. Są, oczywiście, miejsca która brzmią dobrze, jak chociażby epizod z ptakami:

 

Ale zakończenie to, niestety, pomyłka. Walter nadal pędzi, a Thorborg nie wczuwa się w klimat utworu, śpiewa też zwyczajnie za głośno:

 

Nie o to w Pieśni o ziemi chodzi.

Z tymi samymi solistami co Walter nagrał Pieśń o ziemi również Artur Rodziński, ale do jego nagrania niestety dotrzeć mi się nie udało.

Bruno Walter, Kerstin Thorborg, Charles Kullman, Wiener Philharmoniker, 1936, I – 8:29, II – 8:36, III – 3:05, IV – 6:32, V – 4:15, VI – 26:57 [57:57], Naxos Historical

 

Dużo bardziej znane jest studyjne nagranie Waltera z 1952 roku. Pod jego batutą znów grają Wiedeńczycy, w roli solistów występują zaś Kathleen FerrierJulius Patzak. Rejestracja ta jest najbardziej znana ze względu na Ferrier. Artystka już wtedy borykała się z chorobą nowotworową, która zabrała ją rok później, więc również dla niej była to konfrontacja z własnym doświadczeniem przemijania. Pomimo tych okoliczności również jej kreacją nie byłem szczególnie przekonany. Jej głos jest zanadto rozwibrowany, ostry w wysokim rejestrze, aczkolwiek doceniam ekspresję niektórych fragmentów w jej wykonaniu. Głos Patzaka budzi we mnie jeszcze mniej entuzjazmu. Brzmi staro i momentami niewyraźnie. Koncepcja Waltera jest tu podobna do tej z poprzedniego nagrania, ale tempa są nieco wolniejsze, co daje się odczuć zwłaszcza w drugiej i szóstej części. Dzięki temu całość wypada o wiele korzystniej. Dźwięk jest, jak na wczesne lata 50., do zaakceptowania, chociaż niski rejestr jest wyraźnie niedopieszczony. Posłuchajmy środkowego fragmentu Toastu o ziemskiej biesiadzie. Walter prowadzi go bardzo naturalnie, znajduje w muzyce właściwą dawkę energii i napięcia… A Patzak… Hm…:

 

Samotny jesienią wypada o niebo lepiej. Posłuchajcie świetnych solówek drewna i zwróćcie uwagę jak wyraźnie i z przejęciem Ferrier akcentuje słowo kalter:

 

W trzeciej części Walter prowadzi orkiestrę w rewelacyjny sposób. Wszystko jest na swoim miejscu – niespieszne, lekkie i dowcipne. Przeszkadza za to mruczący pod nosem Patzak. Ehhh…:

 

Czwarta część jest poprowadzona w konsekwentnie szybkim tempie i również tutaj Walter nie przyspiesza za bardzo w środkowym epizodzie. Posłuchajmy fragmentu z początku tej części. Podoba mi się niecierpliwość dyrygenta, chociaż głos Ferrier drażni:

 

Pijany wiosną wypada świetnie. Nawet Patzak nie zdołał zepsuć mi przyjemności słuchania, z jakim wyczuciem i elegancją Walter prowadzi orkiestrę:

 

Pożegnanie budzi mieszane uczucia. Jest tu zdecydowanie więcej skupienia i wyczucia niż w poprzednim nagraniu dyrygenta, ale nie mogłem przyzwyczaić się do głosu solistki, a nagrania słuchałem wielokrotnie:

 

Przejmująco wypada marsz. Zaangażowanie Waltera i orkiestry nie budzi najmniejszych wątpliwości:

 

Można tego nagrania nie lubić, ale trzeba je znać. Klasyk.

Bruno Walter, Kathleen Ferrier, Julius Patzak, Wiener Philharmoniker, 1952, I – 8:38, II – 9:14, III – 2:59, IV – 6:45, V – 4:24, VI – 28:22 [60:58], Decca

 

Ostatnie nagranie Das Lied von der Erde pod batutą Waltera pochodzi z 1960 roku. Chciałbym powiedzieć o nim więcej dobrego, ale, niestety, byłem mocno rozczarowany. Primo – jakość dźwięku. Wszystko tu brzmi w oddalony i przymglony sposób. Nie usłyszymy zbyt wielu detali w partii orkiestry, której tyczy się drugi zarzut. Nowojorczycy grają momentami zwyczajnie niechlujnie, ociężale i bez większego zaangażowania. Schorowany już wtedy Walter najwyraźniej nie potrafił poderwać zespołu do większego wysiłku. Ta jego interpretacja jest najłagodniejsza ze wszystkich o których pisałem. Jesienna i pełna melancholii, pozbawiona jest wszakże energii i iskry, która powinna przebijać z tej muzyki. Walter nie szuka już w muzyce Mahlera konfliktów i emocji. Jest poza tym. W drugiej, czwartej i szóstej części śpiewa Mildred Miller. Jakim sposobem nie znaleziono w owym czasie w Nowym Jorku lepszej śpiewaczki – nie mam pojęcia. Gdyby była ona chociaż nie tyle przejęta, co chociażby minimalnie zainteresowana utworem który wykonuje – byłoby lepiej. Z większym zaangażowaniem można czytać książkę telefoniczną. Całe szczęście jest tu jeszcze Ernst Haefliger. To jego inteligencja i świetny głos sprawiają, że nieparzyste części nabierają barw. Już jego pierwsze wejście jest mocne, pewne i od razu ustanawia zawadiacko-bohaterski ton w Toaście o ziemskiej biesiadzie:

 

Niestety nie można tego powiedzieć o Miller w drugiej części. Skrytykowałem przed chwilą Ferrier, ale ona była przynajmniej „jakaś”. Gdyby ktoś mi puścił jej nagranie to wiedziałbym, że to właśnie ona. A Miller? Posłuchajcie sami:

 

W trzeciej części ponownie to Haefliger jest gwiazdą. Posłuchajcie jak bawi się słowami i ile energii wnosi do swojej interpretacji. Niestety ani Nowojorczycy ani Walter nie są w stanie dotrzymać mu kroku:

 

Identyczna sytuacja czeka słuchacza w części piątej. Porównajcie solówkę skrzypiec koncertmistrza Wiedeńczyków i Nowojorczyków. To po prostu nie ten styl i nie ten poziom:

 

Pożegnanie ma swoje dobre momenty. Jest jednak prowadzone zbyt łagodnie, bez większych kontrastów. Kiedy słuchając go dotarłem do zakończenia – nic nie czułem. Jest liryczne i poprowadzone z uczuciem, ale zbyt łagodnie. Niewiele tu fragmentów przykuwających uwagę. Do takich należy jednak bez wątpienia początek marsza:

 

Bruno Walter, Mildred Miller, Ernst Haefliger, New York Philharmonic Orchestra, 1960, I – 9:30, II – 9:50, III – 3:07, IV – 6:44, V – 4:23, VI – 29:00 [62:34], Sony

 

 

Sezon koncertowy amsterdamskiej Concertgebouw w sezonie 1939-1940 rozpoczynał się 5 października. Pieśnią o ziemi dyrygować miał ówczesny dyrektor orkiestry, bardzo ceniony przez Mahlera Willem Mengelberg. Jednakże kilka dni przed koncertem holenderski dyrygent rozchorował się, a dziełem austriackiego kompozytora zadyrygował ostatecznie niemiecki dyrygent Carl Schuricht. Jego wybór wzbudził wśród holenderskich krytyków wiele kontrowersji, mających również podłoże polityczne. Woleli oni, aby na czele orkiestry stanął w tym dniu któryś z młodych dyrygentów pochodzących z ich kraju. Dyrekcja Concertgebouw uznała jednak Schurichta za wystarczająco doświadczonego, aby poprowadzić tak skomplikowany utwór. Sam dyrygent z chęcią skorzystał z zaproszenia, nie omieszkał jednak przedtem poprosić swoich nazistowskich pryncypałów o zgodę na dyrygowałem dziełem żydowskiego kompozytora. Czy obecność orkiestry, którą przez tak długi czas kierował Mengelberg daje nam jakąkolwiek szansę na to, żeby w tym nagraniu Schuricht usunął się w cień i zaprezentował interpretację podobną do tej Mengelberga? Niestety – nic podobnego. Niemiecki maestro został przez holenderskich krytyków bezlitośnie zbesztany za brak wyczucia. Jeden z nich napisał: „nie usłyszeliśmy tego dnia prawdziwego Mahlera”. Inny stwierdził, że wersja Schurichta była rażąco powierzchowna i w najmniejszym stopniu nie zagłębił się on w utwór Mahlera. Krytycy zgodnie twierdzili, że w porównaniu do Mengelberga wersja Schurichta była mniej emocjonalna, mniej dramatyczna i mniej ekspresyjna. Narzekano również na solistów – znaną nam już z pierwszego nagrania Waltera Kerstin ThorborgCarla Martina Öhman. Podczas koncertu doszło również do mało sympatycznego incydentu z udziałem jednej ze słuchaczek, o czym za chwilę. Osobiście bardzo żałuję, że to nie Mengelberg stanął tego dnia na podium dyrygenckim. Czy jednak rzeczywiście Schuricht poprowadził Pieśń o ziemi AŻ TAK ŹLE? Nie, jednak elementem który zwraca tu uwagę i naprawdę zachwyca to jakość gry orkiestry. W każdym takcie słychać, że to orkiestra Mengelberga. W barwie brzmienia, w balansie pomiędzy grupami instrumentów czy chociażby w stylowym portamento. Holender był wtedy dyrektorem Concertgebouw od 44 lat. Nie było opcji, aby jego koncepcja dźwięku Pieśni o ziemi nie przeniknęła do interpretacji Schurichta, choćby z powodu wieloletnich przyzwyczajeń muzyków. Pierwsza pieśń w wykonaniu Öhmana przejmująco dramatycznie, rewelacyjnie gra orkiestra. Posłuchajmy środkowego interludium. Zwróćcie uwagę na świetne solówki dętych:

 

To już fragment zakończenia. Öhman bardzo mi się tu podoba:

 

Drewno jest równie zachwycające w Samotnym jesienią. Orkiestra gra z ogromnym wyczuciem, zwróćcie uwagę na świetnie wydobyte glissanda w smyczkach i ekspresyjną interpretacje Thorborg:

 

Miałem wrażenie, że Öhman lepiej się czuł w heroicznych klimatach pierwszej części niż w humorystycznej części trzeciej, ale orkiestra znów zachwyca. Środkowy odcinek:

 

O młodości urzeka subtelnie zmysłową atmosferą, podkreślaną przez portamento w smyczkach. Imponująco wypada środkowy epizod, w którym Schuricht konsekwentnie przyspiesza, nawet wtedy dołącza do niego Thorborg:

 

Przepiękne jest też powoli wygasające zakończenie:

 

Pijany wiosną jest zagrany i zaśpiewany rewelacyjnie. Początek tej części jest zagrany pewnie, niemal rubasznie:

 

Solówka skrzypiec jest urzekająco piękna. Spontaniczne oklaski po tej części wskazują, że wykonanie Schurichta zostało przynajmniej przez część publiczności odebrane bardzo pozytywnie.

Pożegnanie rozczarowuje. Orkiestra gra znakomicie, Thorborg również śpiewa z uczuciem, ale tutaj rzeczywiście brakowało mi nerwu i dramatyzmu. Nie bardzo rozumiem, skąd w nagraniu wziął się skrót w solówce fletu w numerze 22 w partyturze. Instrument zatrzymuje się na fermacie, a potem od razu rozpoczyna się numer 23. Gdzie wcięło te 1,5 taktu – nie mam pojęcia. Nagranie najbardziej znane jest jednak z tego, że jedna z pań zasiadających na widowni przypomniała sobie najwyraźniej, że Schuricht jest Niemcem i postanowiła dać wyraz swojej dezaprobacie wobec tego faktu. Tuż po zakończeniu słabo wykonanego marsza wstała, podeszła do stanowiska dyrygenta, powiedziała Deutschland über alles, Herr Schuricht, po czym opuściła salę. Doskonale słychać to na nagraniu:

 

Bliżej stylistyki Mengelberga w Pieśni o ziemi nie będziemy. Słuchać? Słuchać!

Carl Schuricht, Kerstin Thorborg, Carl Martin Öhman, Concertgebouw Orchester, 1939, I – 8:55, II – 9:37, III – 3:32, IV – 6:41, V – 4:53, VI – 28:49 [62:28], Archiphon

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.