I Symfonia Gustava Mahlera – część trzecia

Przez wiele lat jednym z najbardziej rozpoznawalnych nagrań Pierwszej Mahlera było to pod batutą Rafaela Kubelika. Rozmaici komentatorzy zgodnie uznawali je za najlepsze nagranie tego dzieła, lepsze nawet od rejestracji Waltera. Spotykałem się notorycznie z taką opinią czytając rozmaite zestawienia i wykazy, ale kiedy w końcu wysłuchałem płyty (a było to dobrych kilkanaście lat temu!), byłem zawiedziony interpretacją czeskiego kapelmistrza i nie wracałem do niej zbyt często. Sięgałem też po nią teraz z niechęcią, spodziewając się ponownego zawodu. Moje gusta przez ten czas musiały się zmienić, czekało mnie bowiem miłe zaskoczenie, a słuchanie sprawiło dużo przyjemności. Interpretacja Kubelika nie jest nazbyt romantyczna. Jest raczej trzeźwa, wyrazista i klarowna. Nie znajdziemy tu Walterowskiej czułostkowości czy Horensteinowskiego monumentalizmu. Kubelik silnie podkreślił w swojej interpretacji elementy rustykalne, przyziemne i groteskowe, był natomiast bezradny wobec patosu i silnych emocji, obecnych zwłaszcza w ostatniej części. Elementem, który rzeczywiście może przeszkadzać i który momentami psuje radość słuchania jest płaski i cienki dźwięk. Szczegółów w rejestrze basowym mamy tu tyle co kot napłakał, a smyczki i trąbki w wysokim rejestrze brzmią szpetnie: ostro i metalicznie.
Początek pierwszej części jest piękny i poetycki. Tempo jest wartkie, kukułcze nawoływania brzmią świeżo, flażolety smyczków są świetne, natomiast absolutnie zjawiskowe i naturalistyczne są brzmiące z oddali trąbki, które rzeczywiście brzmią tak, jakby dochodziły z jakichś niezbyt odległych koszarów:

Cała ta część prowadzona jest w wartkim tempie, a Kubelik świetnie odnajduje balans pomiędzy śpiewnością a subtelnie podkreśloną pulsacją rytmiczną. Także zakończenie prowadzone jest wartko. Dyrygent wprowadza tu subtelne i nienachalne rubato:

Także w lendlerze element rustykalny jest znakomicie podkreślony. Nie jest to wielki uwznioślony fresk Horensteina czy wściekły danse macabre Mitropoulosa. Lendler Kubelika jest po prostu wiejskim tańcem, trochę rubasznym i niezbyt subtelnym. Chwała mu za to!

Wspomniany już naturalizm staje się jeszcze silniej odczuwalny w części trzeciej, w której kontrast pomiędzy poszczególnymi odcinkami (marsz żałobny, muzyka klezmerska, cytat z pieśni i połączenie marsza z muzyką klezmerską) jest zaznaczony tak silnie, że każdy z nich wydaje się wręcz pochodzić z innego utworu. Kubelik unika monotonii, ciągle zaskakuje słuchającego, a przecież o to chodziło też samemu Mahlerowi. Genialne są krzykliwe i ostre trąbki, która brzmią jakby rzeczywiście grali na nich nie do końca trzeźwi muzykanci na czeskiej prowincji. Naturalistycznie i sugestywnie wypadają też elementy taneczne:

Jedynym słabym elementem tego nagrania jest czwarta część, której zdecydowanie brakuje rozmachu i czysto fizycznej siły brzmienia. Również tutaj słaba jakość dźwięku najbardziej daje się we znaki, a blacha i smyczki brzmią krzykliwie i nieprzyjemnie. Kubelik trzyma wartkie tempo, nie rozczula się nad drugim tematem, co wypada dobrze. Zdecydowanie jednak mógłby włożyć w szybkie epizody więcej energii. Dyrygent najwyraźniej korzystał z późniejszej edycji tego dzieła, gdyż znajdziemy tu uderzenie w talerz pomijane we wcześniejszych rejestracjach:

Zakończenie niestety zawodzi i rozczarowuje. Posłuchajcie ostrego jak brzytwa i mechanicznego tremola smyczków. Brzmi niestety płasko i sztywno, w rozczarowujący sposób kończąc tę w wielu aspektach wyśmienitą interpretację:

Rafael Kubelik, Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, 1968, I – 14:36 (P), II – 7:06, III – 10:36, IV – 17:38 [49:56], Deutsche Grammophon

 

Mniej znane nagranie Kubelika to rejestracja koncertowa, wydana przez firmę Audite. Recenzje ma bardzo dobre, ale jakoś nie uległem czarowi tego wykonania. Koncepcja jest podobna do tej znanej z wersji studyjnej, ale wykonanie nie jest tak żwawe i charakterne jak tam. Również tutaj dźwięk nie jest zbyt dobry. Nie jest zbyt selektywny, a poszczególne detale często gdzieś umykają. Brzmienie jest też czasem lekko zamazane. Najlepsze wrażenie ponownie robią elementy rustykalne: nawoływania trąbek, wiejski taniec i akcenty klezmerskie. Jednak w ostatniej części ponownie trudno odnaleźć większe emocje, a kulminacje prowadzą donikąd. Antyromantyczne podejście dyrygenta w połączeniu z dość luźnym, pozbawionym większych napięć sposobem prowadzenia narracji daje nieprzyjemne wrażenie obojętności na wykonywaną muzykę, a interpretacja po pewnym czasie staje się nużąca. Nie zmieniają tego nawet wspomniane powyżej pozytywy. Są jak rodzynki, zbyt rzadko rozmieszczone w nijakim, suchym cieście, po które nie ma się ochoty sięgać.

Rafael Kubelik, Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, 1979, I – 13:12, II – 7:03, III – 11:37, IV – 19:18 [51:33], Audite

 

Kubelik nie był jednak jedynym czeskim dyrygentem nagrywającym w latach 60. symfonie Mahlera. W 1964 roku swoją wersję zarejestrował także ówczesny szef Czech Philharmonic Orchestra, Karel Ančerl. Nie kojarzy się go co prawda tak mocno z dziełami austriackiego twórcy jak Kubelika, nie nagrał on zresztą całego cyklu, jednak to co zarejestrował bez wątpienia warte jest uwagi.
Wstęp do części pierwszej zawiera małą niespodziankę, bowiem odzywające się z wielkiej odległości trąbki grają u Ančerla z tłumikami, czego Mahler w swej partyturze nie przewidział. Znakomicie, bardzo charakternie brzmi drewno. Zasadniczy materiał tej części prowadzony jest w umiarkowanym tempie, brzmi lekko i naturalnie. Nagranie zrealizowane jest starannie i selektywnie, słucha się go z przyjemnością, doceniając zwłaszcza grę drewna – klarnetów, fletów i obojów. Dyrygent świetnie wydobył niskie dźwięki harf w przetworzeniu. Owo umiarkowanie wyraźnie odczuwalne jest także w kulminacjach, co odbiera im nieco energii. W miejscach tych wyraźnie słychać też, że jakość nagrania wcale nie jest tak dobra w stosunku do nowszych rejestracji, a proporcje dynamiczne są nieco zachwiane.

Scherzo prowadzone jest niespiesznie, jest rozkołysane i przez to bardzo rustykalne w charakterze. Także tu zwraca uwagę świetna gra drewna, nadająca muzyce charakteru i tworząca zupełnie odmienny nastrój w stosunku do poprzedniego ogniwa. Brakuje tu jednak mocniejszych akcentów rytmicznych w partii smyczków. Są one realizowane dość łagodnie.

Marsz rozpoczyna się w dość szybkim tempie, co jest słuszną decyzją, a Ančerl prowadzi narrację czytelnie akcentując wejścia kolejnych grup instrumentalnych w kanonie. Nie będzie zapewne żadną niespodzianką, że także tutaj drewno brzmi rewelacyjnie, dodając klezmerskim epizodom wiele specyficznego nastroju. Lirycznym odcinek z cytatem z pieśni płynie szybko, jest jak odległe, mgliście zarejestrowane wspomnienie odległej już w czasie szczęśliwości. Rewelacyjnie, sarkastycznie brzmią klarnety w powrocie marsza, a trąbki mają lekko rozwibrowany dźwięk, co także bardzo tu pasuje.

W odbiorze czwartej części przeszkadza nieco dość ciasny i pozbawiony szerszej perspektywy dźwięk. Ančerl wykonuje pierwszy burzliwy odcinek dość spokojnie, uważnie i precyzyjnie, ale bez większego szaleństwa i bez większych emocji. Emocjonalne umiarkowanie zdecydowanie się tutaj nie sprawdza! Lepiej brzmi śpiewny drugi temat, prowadzony w naturalny sposób, w dobrze dobrym tempie. Nie kontrastuje jednak zbyt wyraźnie z tematem pierwszym. Powrót tego ostatniego nie robi większego wrażenia i przepływa przez uszy słuchającego nie pozostawiając większego wrażenia. Znakomicie są za to zrealizowane partie instrumentów dętych drewnianych. Takiego pięknego ptasiego rozświergotania nie słyszałem już dawno. Samo zakończenie prowadzone jest sprawnie, ale lakonicznie, tak jakby Ančerl nie chciał wyolbrzmiać ogromnych emocji zawartych w tej muzyce.

Wyrazista, ciekawa wersja, godna wysłuchania ze względu na świetnie, charakternie zrealizowane partie instrumentów dętych drewnianych.

Karel Ančerl, Czech Philharmonic Orchestra, 1964, I – 13:30, II – 7:41, III – 9:55, IV – 19:19 [50:45] Supraphon

Angielski dyrygent sir John Barbirolli pozostawił po sobie trzy nagrania I Symfonii Mahlera. Pierwsze z nich, jedyne studyjne w jego dorobku, zarejestrował w 1957 roku z zespołem, którym w tym czasie kierował – z Hallé Orchesta. Było to też jednocześnie, o ile się dobrze orientuję, pierwsze stereofoniczne nagranie tego utworu. Wstęp do pierwszej części jest tu znakomity – powolny, delikatny, marzycielski, z aksamitnym brzmieniem drewna i waltorni, a także ze znakomicie uchwyconymi dźwiękami trąbek za sceną. Zasadniczy temat jest śpiewny, prowadzony naturalnie i bez afektacji, ale jednocześnie z uczuciem i zrozumieniem. Barbirolli naturalnie przyspiesza w kulminacjach, czym umiejętnie różnicuje nastrój i wnosi element napięcia i energii.

Jakość dźwięku nie jest rewelacyjna, tak samo drażnić trochę może chropowate momentami brzmienie orkiestry, ale nie można nie docenić zaangażowania, zrozumienia i rozmiłowania wykonawców w tej muzyce. Bardzo udana, dynamiczna i pełna wyczucia jest kulminacja pierwszej części. Bardzo udana, wiosenna i lekka interpretacja, której liryzm przypominał mi trochę interpretacje Waltera.

Barbirolli rozpoczyna Scherzo powoli, ale dobrze wykorzystuje dany sobie czas. Akcenty rytmiczne smyczków są ostre i wyraziste, tak samo jak charakterne wtrącenia drewna. Dyrygent świetnie steruje dynamiką, a powolne tempo daje wrażenie niespiesznego rozkoszowania się muzyką. Trio nie kontrastuje mocno pod względem tempa, ale jest zagrane tak dobrze że nie mam sumienia uczynić z tego zarzutu. Jest elegancko frazowane, grane przez orkiestrę con amore.

Także początek marsza żałobnego nie zawodzi oczekiwań słuchajaćego, a wykonawcy w niezwykle udany sposób wyczarowują nastrój udawanej, groteskowej żałoby. W charakterny sposób rozpoczyna się epizod klezmerski. Środkowy epizod jest, dzięki rozwibrowanemu dźwiękowi smyczków, odrobinę rzewny. Powrót marsza przynosi kolejną zmianę nastroju, uwydatnioną przez znakomitą grę trąbek i świetne solo klarnetu.

Początek czwartej części jest znakomity – dynamiczny i ognisty. Zdarza się może tu i ówdzie jakiś kiks, ale entuzjazm i wyczucie stylu tej muzyki są tutaj tak ewidentne i robią tak silne wrażenie, że jakieś drobne mankamenty schodzą na dalszy plan. Posłuchajcie jak dynamicznie kończy się prezentacja pierwszego tematu:

Prezentacja drugiego tematu przez smyczki jest prima sort, podobnie jak świetnie wyczuty i cierpliwie przeprowadzony powrót pierwszego tematu. Sterowanie tempem i dynamiką przez Barbirolliego to mistrzostwo świata. Świetnie wypada także późniejsza zmiana nastroju, powrót tematu z pierwszej części i związane z nim rozjaśnienie brzmienia. Dyrygent świetnie podkreślił także barwę brzmienia altówek:

Rewelacyjne, bardzo emocjonalne jest brawurowo poprowadzone zakończenie, pod względem interpretacyjnym jedno z najlepszych jakie tylko można usłyszeć.

Sir John Barbirolli, Hallé Orchestra, 1957, I – 13:27, II – 8:14, III – 10:28, IV – 19:15 [51:40], Dutton

Ciekawym i mało znanym uzupełnieniem dyskografii Pierwszej jest koncertowe nagranie Barbirolliego, zarejestrowane z New York Philharmonic Orchestra w styczniu 1959 roku. Dyrygent szefował temu zespołowi w latach 1936-1942, ale ze względu na brak doświadczenia w zarządzaniu tak rozbudowaną instytucją i niechęć nowojorskich krytyków nie oceniano tego okresu w jego karierze zbyt dobrze. Początek pierwszej części jest bardzo powolny i medytacyjny. Barbirolli starannie kontroluje dynamikę i umiejętnie kreuje senną i oniryczną atmosferę. Przejście do głównego materiału jest płynne i naturalne, a gra orkiestry odprężona, przez co kulminacje wypadają tu nieco łagodniej niż w nagraniu z Hallé. Nastrój jest tu nieco odmienny, nieco bardziej refleksyjny, może też nieco bardziej mroczny. Nie zmienia się to, że także tutaj narracja płynie swobodnie i naturalnie, bez śladu zmanierowania. Barbirolli mocno przyspiesza w zakończeniu, a efekt jest znakomity:

Część druga jest dość masywna, Barbirolli prowadzi ją powoli, wyraźnie akcentując rytmy, ale tempo jest czasem tak ekscentrycznie powolne że momentami gubi się gdzieś taneczny charakter tej muzyki:

Pod koniec tego odcinka zaś dyrygent gwałtownie przyspiesza i kończy go w wielkim rozgorączkowaniu. Trio jest, jak to u Barbirolliego, prowadzone z gracją. Świetne solówki drewna!

Otwierająca marsz żałobny solówka kontrabasu jest tak samo dobra jak w nagraniu Mitropoulosa.

Epizody klezmerskie wyraźnie kontrastują z marszem, mają przy tym polot i charakter, przynajmniej na początku, gdyż pod koniec tej części zagrane są jednak trochę zbyt elegancko.

Czwarta część rozpoczyna się, całkiem słusznie, attaca, grana jest przy tym ogniście i z wielkim entuzjazmem.

Także kontrast pomiędzy poszczególnymi odcinkami podkreślony jest znakomicie, z wyczuciem i wielką klasą. Bardzo dobre, pełne rozmachu zakończenie. Nie dziwię się wcale rzęsistym oklaskom na koniec. Jakość dźwięku co prawda na kolana nie rzuca, ale jest jak najbardziej do zaakceptowania.

Sir John Barbirolli, New York Philharmonic Orchestra, 1959, I – 14:06, II – 8:48, III – 11:04, IV – 18:57 [52:37], NYP Editions

Trzecie interpretacja Barbirolliego to rejestracja koncertowa z Orkiestrą Filharmonii Czeskiej, zarejestrowana podczas festiwalu Praska Wiosna w 1960 roku. Pierwsza część pochodząca z zarejestrowanej w Pradze interpretacji jest magiczna – radosna, lekka i słoneczna. Dyrygentowi udało się jej… nie przeliryzować, jak to czasem miał w zwyczaju. Jego portamenta nie są może tak wyraziste jak u Horensteina, są szybsze i bardziej dyskretne, ale dobrze podkreślają charakter muzyki. Kontrast pomiędzy powolnym wstępem a zasadniczą częścią jest wyraźny, a główny temat jest kapitalnie rozkołysany. Muzyka brzmi lekko, spontanicznie i sugestywnie. Kapitalne „kukające” klarnety!

Zasadniczy materiał części drugiej jest powolny i ciężki, ale kontrast z materiałem zaprezentowanym w trio jest wyrazisty. Także tutaj Barbirolli pozwala sobie na wprowadzenie stylowo brzmiącego portamenta:

Część trzecia rozpoczyna się od kapitalnej, chrapliwej solówki kontrabasu (nie wiedzieć czemu rozbrzmiewa ona już w pierwszym zamiast w trzecim takcie. Pomyłka muzyka? Początek był ucięty?):

Kontrast pomiędzy epizodami marszowymi i klezmerskimi a cytatem z pieśni jest ogromny. Barbirolli wykonuje ten ostatni element rzewnie i lekko sentymentalnie, jednak dzięki wartkiemu tempu całość nie jest przerysowana.

Potem jest już tylko lepiej. Barbirolli kapitalnie oddaje parodystyczny, knajpiany charakter tej części, a czescy muzycy dają mu z siebie wszystko, grając momentami tak dziko i z takim zaangażowaniem, że słuchając takiej gry trudno usiedzieć na miejscu. Rewelacyjnie brzmią klarnety.

Czwarta część jest nierówna. Szybkie odcinki nie są momentami zagrane zbyt precyzyjnie, a sekcja blachy mogłaby grać bardziej wyraziście. Świetnie wypadają fragmenty utrzymane w wolnym tempie, które Barbirolli traktuje bez zbędnego przeciągania. Dźwięk smyczków jest giętki, jedwabisty i namiętny:

Sposób budowania kulminacji jest kapitalny, spontaniczny i bardzo energiczny. Muzycy grają z pazurem, z dzikim zaangażowaniem i wyczuciem. Posłuchajcie jak Barbirolli buduje przejście do ostatniej kulminacji. Kapitalne!

To doskonała interpretacja, którą każdy wielbiciel tej symfonii znać powinien. I tylko dźwięk nie jest satysfakcjonujący, ale zaangażowanie wykonawców, wyczucie stylu i sposób, w jaki brzmi orkiestra sprawia, że nie można tej interpretacji pominąć. Świeża, charakterna i spontaniczna.

Sir John Barbirolli, Czech Philharmonic Orchestra, 1960, I – 13:32, II – 8:43 (P), III – 10:17, IV – 18:26 [51:22], Barbirolli Society

 

Mówiąc o nagraniach symfonii Mahlera zarejestrowanych w drugiej połowie XX wieku nie sposób pominąć postaci Leonarda Bernsteina. Artysta ten miał na koncie dwa cykle symfonii austriackiego kompozytora – pierwszy zrealizował dla Columbii z Nowojorczykami (obecnie prawami do tych nagrań dysponuje Sony), a drugi dla Deutsche Grammophon z trzema różnymi orkiestrami (Nowojorczycy, Concertgebouw i Wiedeńczycy). Jego pierwsza rejestracja Pierwszej z roku 1966 jest pod wieloma względami satysfakcjonująca. Dźwięk jest ciepły, bezpośredni i dobrze zbalansowany jeśli chodzi o wydobycie poszczególnych rejestrów. Interpretacja jest sugestywna, żywa, emocjonalna i komunikatywna. Jakość gry orkiestry jest zróżnicowana i zależy od sekcji – drewno jest momentami zbyt nieśmiałe i za bardzo pozostaje w tyle, blacha ma problemy z intonacją, ale za to smyczki brzmią ciepło, grają dźwiękiem giętkim i ekspresyjnym. Początek pierwszej części jest spokojny i tajemniczy. Nawoływania klarnetów i trąbek są wyciszone, co pomaga stworzyć atmosferę rozleniwioną i marzycielską. Wszystko zmienia się z pojawieniem się tematu głównego. Bernstein pilnuje, aby przez cały czas zachować żywą, rytmiczną pulsację, a pomaga mu w tym dobry balans melodią a akompaniamentem (choć nie miałbym nic przeciwko, aby wyraźniej słychać było harfy):

W kulminacjach Bernstein przyspiesza, co sprawia że brzmią spontanicznie i energicznie. A już rewelacyjne jest zakończenie części pierwszej, zagrane tak jak chciał Mahler, bardzo szybko i dowcipnie:

Lendler wydał mi się nierówny, a zmiany tempa nie zawsze uzasadnione są dramaturgią muzyki. Trio wypada przez to sentymentalnie i pretensjonalnie, a wir tańca nabiera właściwego rozpędu i rozmachu dopiero na sam koniec:

Intrygująca pod względem interpretacyjnym jest część trzecia, w której Bernstein przyjął ekspresowe tempo w marszu żałobnym i w epizodach klezmerskich, nadając im wyrazistego charakteru. Świetnie wypadają tu charakterne, ostre i zadziornie brzmiące smyczki. Szkoda tylko, że drewno gra momentami tak nieśmiało. Środkowy epizod znakomicie kontrastuje z otaczającymi go częściami skrajnymi. Świetnym pomysłem jest wydobycie niskich tonów harf w powrocie tematu marsza:

Satysfakcjonująca pod względem kontrastów jest także część czwarta. Lubię wartkie tempo, w którym Bernstein rozpoczyna tę część, ostre, skowyczące i rozpaczliwe dźwięki smyczków oraz mocne wejście pierwszego tematu:

Pięknie wypada ekspresyjny i zagrany ciepło temat drugi, w którym Bernstein zwrócił uwagę na dialog pomiędzy skrzypcami a wiolonczelami:

Kontrasty tempa i ekspresji są wyraziste, a dzięki nim (albo przez nie, jak się komu nie podoba) Bernstein silnie podkreśla retoryczne gesty w partyturze Mahlera. Posłuchajcie załamania akcji w środku tej części i świetnie wyczutej pauzy przed powrotem tematu z pierwszej części:

Lubię wracać do tego nagrania. Interpretacja Bernsteina jest momentami przekombinowana, ale porywa entuzjazmem i radością obcowania z tą muzyką. Klasyk!

Leonard Bernstein, New York Philharmonic Orchestra, 1966, I – 15:10 (P), II – 8:18 (P), III – 10:19, IV – 18:57 [52:45], Sony

 

 

Druga interpretacja tego dyrygenta została zarejestrowana ponad 20 lat później w Amsterdamie z udziałem Concertgebouw Orchestra. To intrygująca kreacja dzieła, kompletnie odmienna od poprzedniej. Ta jest bardziej dojrzała, bardziej przemyślana, wnikliwa i lepiej rozplanowana. Holenderska orkiestra cechuje się miękkim, soczystym i jędrnym brzmieniem, które świetnie łączy się  z koncepcją dyrygenta. Świetnie, mocno i wyraziście brzmi rejestr basowy. Introdukcja jest przepiękna, powolna ale jednocześnie selektywna, a wtrącenia klarnetów i trąbek wypadają przepięknie, instrumenty te bowiem zdają się rzeczywiście brzmieć z dużej odległości. Bernstein zupełnie inaczej traktuje pierwszy temat. Nie jest on już aż tak rytmiczny i energiczny, a bardziej rozlewny, rozleniwiony i jednocześnie przejrzysty. Zdarzają się tu momenty absolutnie przepiękne, powolne i doskonale wyczute. Posłuchajcie początku przetworzenia, miękkich dźwięków harf i rewelacyjnej gry drewna, snującego giętkie melodie ponad długo trzymanymi flażoletami smyczków:

Świetne są też kulminacje – pełnokrwiste i energiczne. Gra orkiestry jest świetna, wyrazista jest zwłaszcza blacha:

Niestety, w części drugiej Bernstein folguje sobie zdecydowanie zbyt mocno. Nie dość, że tempo w częściach skrajnych jest powolne, to na dodatek w trio Bernstein jeszcze bardziej zwalnia, przez co muzyka się rozłazi, popada w sentymentalizm i czułostkowość:

Trzecia część jest bardzo podobna do tej z poprzedniego nagrania. Także tutaj tempo jest szybkie, a Bernstein podkreśla dźwięki harf. Concertgebouw gra zupełnie inaczej niż NYPO, bardziej wyraziście i charakternie, co pomaga podkreślić wisielczy humor zawarty w tej muzyce:

Wielki finał jest rzeczywiście… wielki. Kierowany z rozmachem, grany brawurowo i wirtuozowsko. Bernstein świetnie różnicuje tempa, dynamikę, nastroje i barwy. Posłuchajcie świetnych, ostrych i wyrazistych wejść smyczków, niskich uderzeń tam-tamu i gwałtownego powrotu głównego tematu:

Zakończenie zapiera dech w piersiach. Jest pokierowane z ogromną energią, z rozmachem i pasją. Świetnie wypada gwałtowne przyspieszenie pod koniec. Bernstein podłożył też pod dwa ostatnie dźwięki uderzenia bębna basowego, co było decyzją tyleż samowolną, co trafną:

Podsumowując – kolejny klasyk. Nagranie, którego nie wypada nie znać!

Leonard Bernstein, Concertgebouw Orchestra, 1987, I – 16:30 (P), II – 9:01 (P), III – 10:27, IV – 20:12 [56:09], Deutsche Grammophon

Omówione powyżej nagranie, chociaż określane mianem koncertowego, jest tak naprawdę składakiem, zlepionym z trzech wykonań i dopełnionym zapewne jeszcze fragmentami prób. Bernstein wykonał w 1987 roku Pierwszą Mahlera w Amsterdamie trzy razy – 8, 9 i 10 października, a nagranie „live” wydane przez DG jest tak naprawdę zlepkiem tych wykonań, w którym co prawda robota inżynierów dźwięku jest znakomita, ale jednocześnie zakłamuje nieco brzmienie tego wykonania. Całe szczęście mamy jeszcze do dyspozycji czternastopłytowy box wydany przez firmę RCO Live, zawierający nieedytowane nagranie zarejestrowane pod batutą Bernsteina w Amsterdamie podczas drugiego z tych koncertów. Oczywiście nie ma tu mowy o jakichś drastycznych różnicach pomiędzy koncepcją zaprezentowaną w tym nagraniu a tym co znajdziemy w wersji wydanej przez DG, ale… różnica jest słyszalna. I nie chodzi tu tylko o kiksy, które raz na jakiś czas zdarzają się najlepszym, ale o atmosferę całego wydarzenia. Jest tu po prostu lepiej wyczuwalna, bardziej bezpośrednia, nawet pomimo tego (a może właśnie dlatego), że dźwięk nie jest tak dopieszczony jak w oficjalnym wydaniu. Są tu jednak także momenty, które od razu można odróżnić – odcinki bardziej spontaniczne, pełne jeszcze większego napięcia, w których Lenny porywa i inspiruje orkiestrę jeszcze bardziej. Czuć to szczególnie wyraźnie w kulminacjach, gdzie pojawia się nieuchwytny i tak trudny do ubrania w słowa element szaleństwa. Ze względu na wysoką cenę i małą dostępność nie jest to z pewnością nagranie, które polecam jako obowiązkowe, ale to na pewno zjawiskowe i niezwykle ciekawe uzupełnienie dyskografii tego utworu.

Leonard Bernstein, Concertgebouw Orchestra, 1987, I – 16:57 (P), II – 9:03 (P), III – 10:23, IV – 20:42 [57:05], RCO Live

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.