I Symfonia Gustava Mahlera – część trzecia

Przez wiele lat jednym z najbardziej rozpoznawalnych nagrań Pierwszej Mahlera było to pod batutą Rafaela Kubelika. Rozmaici komentatorzy zgodnie uznawali je za najlepsze nagranie tego dzieła, lepsze nawet od rejestracji Waltera. Spotykałem się notorycznie z taką opinią czytając rozmaite zestawienia i wykazy, ale kiedy w końcu wysłuchałem płyty (a było to dobrych kilkanaście lat temu!), byłem zawiedziony interpretacją czeskiego kapelmistrza i nie wracałem do niej zbyt często. Sięgałem też po nią teraz z niechęcią, spodziewając się ponownego zawodu. Moje gusta przez ten czas musiały się zmienić, czekało mnie bowiem miłe zaskoczenie, a słuchanie sprawiło dużo przyjemności. Interpretacja Kubelika nie jest nazbyt romantyczna. Jest raczej trzeźwa, wyrazista i klarowna. Nie znajdziemy tu Walterowskiej czułostkowości czy Horensteinowskiego monumentalizmu. Kubelik silnie podkreślił w swojej interpretacji elementy rustykalne, przyziemne i groteskowe, był natomiast bezradny wobec patosu i silnych emocji, obecnych zwłaszcza w ostatniej części. Elementem, który rzeczywiście może przeszkadzać i który momentami psuje radość słuchania jest płaski i cienki dźwięk. Szczegółów w rejestrze basowym mamy tu tyle co kot napłakał, a smyczki i trąbki w wysokim rejestrze brzmią szpetnie: ostro i metalicznie.
Początek pierwszej części jest piękny i poetycki. Tempo jest wartkie, kukułcze nawoływania brzmią świeżo, flażolety smyczków są świetne, natomiast absolutnie zjawiskowe i naturalistyczne są brzmiące z oddali trąbki, które rzeczywiście brzmią tak, jakby dochodziły z jakichś niezbyt odległych koszarów:

Cała ta część prowadzona jest w wartkim tempie, a Kubelik świetnie odnajduje balans pomiędzy śpiewnością a subtelnie podkreśloną pulsacją rytmiczną. Także zakończenie prowadzone jest wartko. Dyrygent wprowadza tu subtelne i nienachalne rubato:

Także w lendlerze element rustykalny jest znakomicie podkreślony. Nie jest to wielki uwznioślony fresk Horensteina czy wściekły danse macabre Mitropoulosa. Lendler Kubelika jest po prostu wiejskim tańcem, trochę rubasznym i niezbyt subtelnym. Chwała mu za to!

Wspomniany już naturalizm staje się jeszcze silniej odczuwalny w części trzeciej, w której kontrast pomiędzy poszczególnymi odcinkami (marsz żałobny, muzyka klezmerska, cytat z pieśni i połączenie marsza z muzyką klezmerską) jest zaznaczony tak silnie, że każdy z nich wydaje się wręcz pochodzić z innego utworu. Kubelik unika monotonii, ciągle zaskakuje słuchającego, a przecież o to chodziło też samemu Mahlerowi. Genialne są krzykliwe i ostre trąbki, która brzmią jakby rzeczywiście grali na nich nie do końca trzeźwi muzykanci na czeskiej prowincji. Naturalistycznie i sugestywnie wypadają też elementy taneczne:

Jedynym słabym elementem tego nagrania jest czwarta część, której zdecydowanie brakuje rozmachu i czysto fizycznej siły brzmienia. Również tutaj słaba jakość dźwięku najbardziej daje się we znaki, a blacha i smyczki brzmią krzykliwie i nieprzyjemnie. Kubelik trzyma wartkie tempo, nie rozczula się nad drugim tematem, co wypada dobrze. Zdecydowanie jednak mógłby włożyć w szybkie epizody więcej energii. Dyrygent najwyraźniej korzystał z późniejszej edycji tego dzieła, gdyż znajdziemy tu uderzenie w talerz pomijane we wcześniejszych rejestracjach:

Zakończenie niestety zawodzi i rozczarowuje. Posłuchajcie ostrego jak brzytwa i mechanicznego tremola smyczków. Brzmi niestety płasko i sztywno, w rozczarowujący sposób kończąc tę w wielu aspektach wyśmienitą interpretację:

Rafael Kubelik, Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, 1968, I – 14:36 (P), II – 7:06, III – 10:36, IV – 17:38 [49:56], Deutsche Grammophon

 

Mniej znane nagranie Kubelika to rejestracja koncertowa, wydana przez firmę Audite. Recenzje ma bardzo dobre, ale jakoś nie uległem czarowi tego wykonania. Koncepcja jest podobna do tej znanej z wersji studyjnej, ale wykonanie nie jest tak żwawe i charakterne jak tam. Również tutaj dźwięk nie jest zbyt dobry. Nie jest zbyt selektywny, a poszczególne detale często gdzieś umykają. Brzmienie jest też czasem lekko zamazane. Najlepsze wrażenie ponownie robią elementy rustykalne: nawoływania trąbek, wiejski taniec i akcenty klezmerskie. Jednak w ostatniej części ponownie trudno odnaleźć większe emocje, a kulminacje prowadzą donikąd. Antyromantyczne podejście dyrygenta w połączeniu z dość luźnym, pozbawionym większych napięć sposobem prowadzenia narracji daje nieprzyjemne wrażenie obojętności na wykonywaną muzykę, a interpretacja po pewnym czasie staje się nużąca. Nie zmieniają tego nawet wspomniane powyżej pozytywy. Są jak rodzynki, zbyt rzadko rozmieszczone w nijakim, suchym cieście, po które nie ma się ochoty sięgać.

Rafael Kubelik, Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, 1979, I – 13:12, II – 7:03, III – 11:37, IV – 19:18 [51:33], Audite

 

Spośród trzech rejestracji Sir Johna Barbirolliego wybrałem jego nagranie koncertowe z Orkiestrą Filharmonii Czeskiej, zarejestrowane podczas festiwalu Praska Wiosna w 1960 roku. Wcześniejsze nagrania dyrygenta pochodzą z roku 1957 (studyjne z Hallé Orchestra) i z 1959 (koncertowe w New York Philharmonic). Pierwsza część pochodząca z zarejestrowanej w Pradze interpretacji jest magiczna – radosna, lekka i słoneczna. Dyrygentowi udało się jej… nie przeliryzować, jak to czasem miał w zwyczaju. Jego portamenta nie są może tak wyraziste jak u Horensteina, są szybsze i bardziej dyskretne, ale dobrze podkreślają charakter muzyki. Kontrast pomiędzy powolnym wstępem a zasadniczą częścią jest wyraźny, a główny temat jest kapitalnie rozkołysany. Muzyka brzmi lekko, spontanicznie i sugestywnie. Kapitalne „kukające” klarnety!

Zasadniczy materiał części drugiej jest powolny i ciężki, ale kontrast z materiałem zaprezentowanym w trio jest wyrazisty. Także tutaj Barbirolli pozwala sobie na wprowadzenie stylowo brzmiącego portamenta:

Część trzecia rozpoczyna się od kapitalnej, chrapliwej solówki kontrabasu (nie wiedzieć czemu rozbrzmiewa ona już w pierwszym zamiast w trzecim takcie. Pomyłka muzyka? Początek był ucięty?):

Kontrast pomiędzy epizodami marszowymi i klezmerskimi a cytatem z pieśni jest ogromny. Barbirolli wykonuje ten ostatni element rzewnie i lekko sentymentalnie, jednak dzięki wartkiemu tempu całość nie jest przerysowana.

Potem jest już tylko lepiej. Barbirolli kapitalnie oddaje parodystyczny, knajpiany charakter tej części, a czescy muzycy dają mu z siebie wszystko, grając momentami tak dziko i z takim zaangażowaniem, że słuchając takiej gry trudno usiedzieć na miejscu. Rewelacyjnie brzmią klarnety.

Czwarta część jest nierówna. Szybkie odcinki nie są momentami zagrane zbyt precyzyjnie, a sekcja blachy mogłaby grać bardziej wyraziście. Świetnie wypadają fragmenty utrzymane w wolnym tempie, które Barbirolli traktuje bez zbędnego przeciągania. Dźwięk smyczków jest giętki, jedwabisty i namiętny:

Sposób budowania kulminacji jest kapitalny, spontaniczny i bardzo energiczny. Muzycy grają z pazurem, z dzikim zaangażowaniem i wyczuciem. Posłuchajcie jak Barbirolli buduje przejście do ostatniej kulminacji. Kapitalne!

To doskonała interpretacja, którą każdy wielbiciel tej symfonii znać powinien. I tylko dźwięk nie jest satysfakcjonujący, ale zaangażowanie wykonawców, wyczucie stylu i sposób, w jaki brzmi orkiestra sprawia, że nie można tej interpretacji pominąć. Świeża, charakterna i spontaniczna.

Sir John Barbirolli, Czech Philharmonic Orchestra, 1960, I – 13:32, II – 8:43 (P), III – 10:17, IV – 18:26 [51:22], Barbirolli Society

 

Mówiąc o nagraniach symfonii Mahlera zarejestrowanych w drugiej połowie XX wieku nie sposób pominąć postaci Leonarda Bernsteina. Artysta ten miał na koncie dwa cykle symfonii austriackiego kompozytora – pierwszy zrealizował dla Columbii z Nowojorczykami (obecnie prawami do tych nagrań dysponuje Sony), a drugi dla Deutsche Grammophon z trzema różnymi orkiestrami (Nowojorczycy, Concertgebouw i Wiedeńczycy). Jego pierwsza rejestracja Pierwszej z roku 1966 jest pod wieloma względami satysfakcjonująca. Dźwięk jest ciepły, bezpośredni i dobrze zbalansowany jeśli chodzi o wydobycie poszczególnych rejestrów. Interpretacja jest sugestywna, żywa, emocjonalna i komunikatywna. Jakość gry orkiestry jest zróżnicowana i zależy od sekcji – drewno jest momentami zbyt nieśmiałe i za bardzo pozostaje w tyle, blacha ma problemy z intonacją, ale za to smyczki brzmią ciepło, grają dźwiękiem giętkim i ekspresyjnym. Początek pierwszej części jest spokojny i tajemniczy. Nawoływania klarnetów i trąbek są wyciszone, co pomaga stworzyć atmosferę rozleniwioną i marzycielską. Wszystko zmienia się z pojawieniem się tematu głównego. Bernstein pilnuje, aby przez cały czas zachować żywą, rytmiczną pulsację, a pomaga mu w tym dobry balans melodią a akompaniamentem (choć nie miałbym nic przeciwko, aby wyraźniej słychać było harfy):

W kulminacjach Bernstein przyspiesza, co sprawia że brzmią spontanicznie i energicznie. A już rewelacyjne jest zakończenie części pierwszej, zagrane tak jak chciał Mahler, bardzo szybko i dowcipnie:

Lendler wydał mi się nierówny, a zmiany tempa nie zawsze uzasadnione są dramaturgią muzyki. Trio wypada przez to sentymentalnie i pretensjonalnie, a wir tańca nabiera właściwego rozpędu i rozmachu dopiero na sam koniec:

Intrygująca pod względem interpretacyjnym jest część trzecia, w której Bernstein przyjął ekspresowe tempo w marszu żałobnym i w epizodach klezmerskich, nadając im wyrazistego charakteru. Świetnie wypadają tu charakterne, ostre i zadziornie brzmiące smyczki. Szkoda tylko, że drewno gra momentami tak nieśmiało. Środkowy epizod znakomicie kontrastuje z otaczającymi go częściami skrajnymi. Świetnym pomysłem jest wydobycie niskich tonów harf w powrocie tematu marsza:

Satysfakcjonująca pod względem kontrastów jest także część czwarta. Lubię wartkie tempo, w którym Bernstein rozpoczyna tę część, ostre, skowyczące i rozpaczliwe dźwięki smyczków oraz mocne wejście pierwszego tematu:

Pięknie wypada ekspresyjny i zagrany ciepło temat drugi, w którym Bernstein zwrócił uwagę na dialog pomiędzy skrzypcami a wiolonczelami:

Kontrasty tempa i ekspresji są wyraziste, a dzięki nim (albo przez nie, jak się komu nie podoba) Bernstein silnie podkreśla retoryczne gesty w partyturze Mahlera. Posłuchajcie załamania akcji w środku tej części i świetnie wyczutej pauzy przed powrotem tematu z pierwszej części:

Lubię wracać do tego nagrania. Interpretacja Bernsteina jest momentami przekombinowana, ale porywa entuzjazmem i radością obcowania z tą muzyką. Klasyk!

Leonard Bernstein, New York Philharmonic Orchestra, 1966, I – 15:10 (P), II – 8:18 (P), III – 10:19, IV – 18:57 [52:45], Sony

 

 

Druga interpretacja tego dyrygenta została zarejestrowana ponad 20 lat później w Amsterdamie z udziałem Concertgebouw Orchestra. To intrygująca kreacja dzieła, kompletnie odmienna od poprzedniej. Ta jest bardziej dojrzała, bardziej przemyślana, wnikliwa i lepiej rozplanowana. Holenderska orkiestra cechuje się miękkim, soczystym i jędrnym brzmieniem, które świetnie łączy się  z koncepcją dyrygenta. Świetnie, mocno i wyraziście brzmi rejestr basowy. Introdukcja jest przepiękna, powolna ale jednocześnie selektywna, a wtrącenia klarnetów i trąbek wypadają przepięknie, instrumenty te bowiem zdają się rzeczywiście brzmieć z dużej odległości. Bernstein zupełnie inaczej traktuje pierwszy temat. Nie jest on już aż tak rytmiczny i energiczny, a bardziej rozlewny, rozleniwiony i jednocześnie przejrzysty. Zdarzają się tu momenty absolutnie przepiękne, powolne i doskonale wyczute. Posłuchajcie początku przetworzenia, miękkich dźwięków harf i rewelacyjnej gry drewna, snującego giętkie melodie ponad długo trzymanymi flażoletami smyczków:

Świetne są też kulminacje – pełnokrwiste, energiczne i wyraziste. Gra orkiestry jest świetna, wyrazista jest zwłaszcza blacha:

Niestety, w części drugiej Bernstein folguje sobie zdecydowanie zbyt mocno. Nie dość, że tempo w częściach skrajnych jest powolne, to na dodatek w trio Bernstein jeszcze bardziej zwalnia, przez co muzyka się rozłazi, popada w sentymentalizm i czułostkowość:

Trzecia część jest bardzo podobna do tej z poprzedniego nagrania. Także tutaj tempo jest szybkie, a Bernstein podkreśla dźwięki harf. Concertgebouw gra zupełnie inaczej niż NYPO, bardziej wyraziście i charakternie, co pomaga podkreślić wisielczy humor zawarty w tej muzyce:

Wielki finał jest rzeczywiście… wielki. Kierowany z rozmachem, grany brawurowo i wirtuozowsko. Bernstein świetnie różnicuje tempa, dynamikę, nastroje i barwy. Posłuchajcie świetnych, ostrych i wyrazistych wejść smyczków, niskich uderzeń tam-tamu i gwałtownego powrotu głównego tematu:

Zakończenie zapiera dech w piersiach. Jest pokierowane z ogromną energią, z rozmachem i pasją. Świetnie wypada gwałtowne przyspieszenie pod koniec. Bernstein podłożył też pod dwa ostatnie dźwięki uderzenia bębna basowego, co było decyzją tyleż samowolną, co trafną:

Podsumowując – kolejny klasyk. Nagranie, którego nie wypada nie znać!

Leonard Bernstein, Concertgebouw Orchestra, 1987, I – 16:30 (P), II – 9:01 (P), III – 10:27, IV – 20:12 [56:09], Deutsche Grammophon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.