I Symfonia Witolda Lutosławskiego – część pierwsza

Losy I Symfonii Witolda Lutosławskiego, kompozycji napisanej w latach 1941-1947, były dość skomplikowane. Utwór doczekał się pierwszej publicznej prezentacji 6 kwietnia 1948 roku w Katowicach pod batutą Grzegorza Fitelberga, dyrygenta, który zasłużył się szczególnie polskim kompozytorom młodej generacji, wykonując i promując ich dzieła. Lutosławski obawiał się o losy Symfonii, a cały proces prób wspominał w ten sposób (podaję za artykułem dostępnym TUTAJ):

„Są to czasy, w których dla większości grających w orkiestrze muzyków następstwo taktów na 3/4 i 5/8 jest nikomu niepotrzebnym dziwactwem, a akord zawierający więcej niż pięć różnych dźwięków (i – broń Boże – więcej niż jedną małą sekundę) – nieznośnym drażnieniem się ze słuchem grającego. Nietrudno domyślić się, z jaką reakcją orkiestry spotyka się moja symfonia w czasie pierwszych prób. Miałem wówczas niejasne przeczucie, że zamiast długo oczekiwanych satysfakcji czeka mnie nieznana i dotkliwa udręka. A jednak… Orkiestra, uległszy być może niezachwianemu przekonaniu Fitelberga, dochodzi po niezliczonych próbach do niebywałej precyzji wykonania mej partytury”.

Nie dysponujemy niestety żadnym nagraniem tego dzieła pod batutą Ficia (jak nazywało dyrygenta grono najbliższych znajomych), trudno więc powiedzieć, jak prowadził to dzieło. Symfonia trafiła na estrady koncertowe Krakowa i Warszawy, jednakże wykonania te zbiegły się w czasie z proklamowaniem realizmu socjalistycznego. Do narracji wprowadzono nośne pojęcie „formalizmu”, które przypinano każdemu utworowi, który był zbyt trudny do ogarnięcia dla przeciętnego przedstawiciela klasy robotniczej. Łatki tej doczekała się wkrótce także I Symfonia Lutosławskiego. Do historii przeszły słowa wypowiedziane przez „oburzonego” Włodzimierza Sokorskiego, ówczesnego szefa resortu kultury. Po wysłuchaniu utworu człowiek ten postulował wrzucenie partytury (albo też samego kompozytora) pod tramwaj (nie pytajcie dlaczego akurat pod tramwaj, może jeden z bohaterów Bułhakowa będzie miał tu coś do powiedzenia. Na marginesie wypada dodać, że jeśli o ministrów kultury chodzi to nic się nie zmieniło – nadal są cymbałami). Kompozytora bardzo to stwierdzenie ubawiło, ale jego Pierwsza wypadła z repertuaru i wykonywana była jedynie sporadycznie. Dopiero w późniejszych latach, po zmianie klimatu politycznego, zyskała na popularności, a często prowadził ją także sam Lutosławski.

To pogodne w nastroju dzieło składa się z czterech części:

  1. Allegro giusto
  2. Poco adagio
  3. Allegretto misterioso
  4. Allegro vivace

Nie jest to jeszcze utwór utrzymany w typowym dla Lutosławskiego stylu. Uważne ucho wysłyszy tu aluzje do dzieł Bartóka, Prokofiewa czy Roussela, a współczesnym słuchaczom kojarzyć się może z… muzyką filmową (nic na to nie poradzę, ale końcowy odcinek czwartej części brzmi jak żywcem wyjęty z którejś z partytur Johna Williamsa). To wirtuozowsko orkiestrowane dzieło, zdradzające pewność w obchodzeniu się z orkiestrą, ze względu na swoją przystępność cieszy się obecnie dość dużą popularnością. Nie budzi też, co zrozumiałe, żadnych kontrowersji. Symfonia doczekała się do dnia dzisiejszego siedmiu nagrań (chyba że jeszcze jakieś przeoczyłem!), a wszystkie znalazły się w poniższym zestawieniu.

 

 

Prawdopodobnie pierwszym (bo łatwo dostępnym) nagraniem po jakie sięgnie słuchacz zainteresowany I Symfonią Lutosławskiego będzie rejestracja pod batutą Antoniego Wita. Polskiego dyrygenta uznaje się obecnie za jednego z najlepszych interpretatorów muzyki tego kompozytora i są ku temu powody. Jego interpretacja wydała mi się jednak odrobinę niespójna. Przeszkadzało mi nazbyt wolne tempo w pierwszej części, która wydawała mi się pozbawiona wigoru i energii. Puls wydał mi się zbyt powolny:

 

Całe szczęście reszta interpretacji jest już zupełnie inna. Podobała mi się zwłaszcza świetnie uchwycona przez orkiestrą i dyrygenta kolorystyka dzieła. Posłuchajcie tylko grających sul ponticello smyczków i prokofiewowskiego pastiszu oboju, zagranego kapryśnie i ironicznie. NOSPR ma tę muzykę we krwi i doskonale wie, jak wydobyć z niej specyficzny dowcip:

 

Posłuchajcie migotliwego zakończenia trzeciej części, iskrzenia smyczków i migotliwych rozbłysków czelesty:

 

Zwróćcie uwagę jak starannie stopniowane jest napięcie w ostatniej części. Wszystko jest tu na swoim miejscu, świetnie nagrane i rozplanowane:

 

To nagranie Symfonii ma wszystko co tylko może zadowolić wybrednego melomana – jest świetnie nagrane i zagrane, dobrze rozplanowane. Czuć w tej grze i w tym dyrygowaniu zrozumienie i szacunek dla intencji kompozytora.

Antoni Wit, NOSPR, 1997, I – 5:28, II – 9:45, III – 4:30, IV – 5:18 [25:21], Naxos

 

Imponująco potężnie brzmi interpretacja Stanisława Skrowaczewskiego, zarejestrowana podczas koncertu we Wrocławiu w 2013 roku. 90-letni wtedy Maestro pokazał Symfonię Lutosławskiego w zaskakująco epickich proporcjach. Tempa są powolne, ale muzyka ma mnóstwo czasu, aby wybrzmieć, a dyrygent wyciąga z orkiestry ciekawe barwy, choć są to kolory zupełnie inne od tych, które wydobył Wit. Brzmienie NFM Orkiestry  Filharmonii Wrocławskiej jest monumentalne, cięższe i nie tak przejrzyste niż NOSPRu, jednakże ma to swoje zalety. Przede wszystkim przenikanie się barw orkiestry jest bardziej naturalne, również akustyka sali z długim pogłosem robi swoje. Posłuchajcie powrotu motorycznego tematu smyczków w pierwszej części. Niespieszny sposób prowadzenia narracji połączony z mocnym brzmieniem orkiestry daje imponujące rezultaty:

 

Posłuchajmy też tego samego fragmentu drugiej części, jaki prezentowałem ostatnio. Smyczki wrocławskiej orkiestry brzmią ostro, a solówka oboju w powolnym tempie jest bardziej nonszalancka niż w wersji Wita:

 

Świetnie rozpoczyna się trzecia część, a wymiana zdań pomiędzy puzonami i tubą a obojami, klarnetami i fagotami brzmi tak jak powinna – misterioso:

 

Finał również jest zaskakująco epicki, a wszystkie elementy znajdują się na swoim miejscu, doskonale zbalansowane. Posłuchajcie zakończenia symfonii:

 

To świetna interpretacja, co jest dość zaskakujące, kiedy weźmie się pod uwagę, że Maestro Skrowaczewski głośno przyznawał się do tego, że nie przepada za tym utworem. Nie przepadał tak bardzo, że namawiał dawniej Lutosławskiego, żeby w ogóle wycofał ten utwór z katalogu swoich dzieł!

Stanisław Skrowaczewski, NFM Filharmonia Wrocławska, I – 5:26, II – 10:37, III – 4:46, IV – 5:56 [26:45]

 

Wersja zarejestrowana pod batutą Edwarda Gardnera jest bardzo zmysłowa. Miałem wrażenie, że angielski dyrygent jest bardziej zainteresowany wydobyciem z partytury Lutosławskiego całego jej dźwiękowego uroku niż dopracowywaniem dramaturgii. Uzyskaliśmy przez to interpretację oszałamiająco barwną i bogatą. Takie odczytanie dzieła tego kompozytora przesuwa go bardziej w krąg wpływów Ravela lub nawet Debussy’ego niż Bartóka czy Prokofiewa. Gra orkiestry to prawdziwa uczta dla ucha. Zwróćcie uwagę na burknięcia drewna na końcu pierwszej części. Posłuchajcie przepięknej solówki waltorni na początku drugiej części. Majstersztyk! Równie intrygująca jest radość gry BBC Symphony Orchestra, precyzja rytmiczna i świetna jakość dźwięku. Zwłaszcza finał grany jest con brio, choć miałem wrażenie, że kulminacje nie były przygotowane wystarczająco starannie. Gardner zrobił je trochę pospiesznie i na łapu capu, co może niektórym przeszkadzać, ale jeśli wyżej stawiacie spontaniczność niż drobiazgowość – to nie zwrócicie na to większej uwagi. To nagranie wyszło na SACD, a nie na zwykłym CD, więc dźwięk jest niezwykle czysty i głęboki. Jestem na tak 😉

Edward Garnder, BBC Symphony Orchestra, 2013, I – 4:35, II – 10:20, III – 4:28, IV – 5:25 [24:06], Chandos 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.