Bohuslav Martinů należy, razem z Bedřichem Smetaną, Antonínem Dvořákiem i Leošem Janáčkiem, do czwórcy wielkich kompozytorów czeskich. Jest z tego grona najmłodszy – żył bowiem w latach 1890–1959. U nas jego muzykę wykonuje się sporadycznie. Dość powiedzieć, że z sześciu jego symfonii słyszałem do tej pory na żywo jedynie jedną, Czwartą – za to dwukrotnie. Za pierwszym razem pod batutą Jiříego Bělohlávka i Czech Philharmonic Orchestra, za drugim z Łukaszem Borowiczem i Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej. Tym razem sięgnąłem jednak po dzieło wokalno-instrumentalne, a mianowicie po późny Epos o Gilgameszu, ukończony w 1955 roku i prawykonany w 1958 roku pod batutą Paula Sachera w Bazylei. Zagrano wówczas wersję niemiecką pod tytułem Das Gilgamesch-Epos, potem twórca przygotował też opracowanie w swoim ojczystym języku: Epos o Gilgamešovi. Jako pierwsza powstała jednak oparta na tłumaczeniu Reginalda Campbella Thompsona wersja angielska, The Epic of Gilgamesh, i to ją właśnie utrwalili po raz pierwszy wykonawcy pod dyrekcją austriackiego dyrygenta Manfreda Honecka w 2017 roku.
Kompozycja jest podzielona na trzy równej długości ogniwa, zatytułowane kolejno: Gilgamesz, Śmierć Enkidu i Inwokacja. W jednym z listów kompozytor wyznał, że czuł potrzebę odnalezienia wartości i idei uniwersalnych — stąd sięgnięcie po sumeryjski epos, w którym podjął zagadnienie konfrontacji z nieuchronnością śmierci, ale też z miłością i przyjaźnią. Pisał – jakże trafnie – że rozwój technologiczny wcale nie sprawił, iż nasze natury uległy zmianie, a pytania, które sobie zadajemy, są uniwersalne i niezmienne. W pierwszej części lud błaga boginię Ururu o stworzenie towarzysza dla terroryzującego ich Gilgamesza. Tak powstaje Enkidu, który jednak trzyma się z dala od ludzi, ponieważ woli towarzystwo zwierząt. Gilgamesz wysyła mu więc prostytutkę, a gdy Enkidu współżyje z nią, zwierzęta od niego uciekają. Rozwścieczony utratą przyjaciół Enkidu udaje się do Gilgamesza i wzywa go do walki. Nie jest ona jednak śmiertelna i obaj panowie zaprzyjaźniają się. Okazuje się jednak, że Enkidu musi umrzeć. Gilgamesz nie może pogodzić się ze śmiercią przyjaciela i udaje się do krainy zmarłych, gdzie spotyka jego ducha. Wypytuje go o to, co zobaczył w zaświatach, a ten odpowiada jedno słowo: „widziałem”.
Muzyka Martinů jest szalenie specyficzna i niezwykle swoista. Owszem, można powiedzieć (trochę na siłę) że niektóre stronice tej partytury kojarzyć się mogą z muzyką Strawińskiego, ale są to wpływy bardzo dobrze przetworzone, wtopione w indywidualny styl czeskiego twórcy. W uszy rzuca się wysmakowana kolorystyka z dużym udziałem instrumentarium perkusyjnego i dętego blaszanego. To pisał mistrz absolutnie świadomy swojego warsztatu, operujący orkiestrą niezwykle ekonomicznie, w zasadzie bez używania dużych mas brzmienia. Dużo tu odcinków, w których twórca eksponuje ostrą rytmikę; pojawiają się charakterystyczne ostinata, nadające tej muzyce wrażenie transowości. Każde z ogniw jest świetne, ale przyłapałem się na tym, że przy wielokrotnych odsłuchach najbardziej czekałem na ostatnie – z niezwykle sugestywnie wykreowanym nastrojem smutku, a jednocześnie niesamowitości. Kompozytor świetnie wykorzystuje tu chór żeński i solowy sopran, powierzając im opadające glissanda. Przepiękny efekt! Również zakończenie jest niesamowite, z hipnotycznie, spokojnie powtarzanym „tak, widziałem”. Narracja stopniowo zatrzymuje się, muzyka zamiera. Owszem, widział. Ale co z tego wynikło dla Gilgamesza? Co z tego wynika dla nas? Wszystko czy nic?
Dużą wartością jest też, przynajmniej dla mnie, to, że jest to muzyka kompletnie pozbawiona patosu i romantycznego zadęcia. Jeśli chodzi o głosy solowe, nie są one przypisane do konkretnych postaci (a jeśli już — to tylko w ramach poszczególnych ogniw), a ważną rolę pełni tu również narrator. W tej roli pojawia się na nagraniu aktor Simon Callow, znany choćby z roli Schikanedera w Amadeuszu Formana. Kwartet wokalistów stoi na wysokości zadania; świetne są także chór i orkiestra. Honeck prowadzi całość wyraziście, konkretnie, w szybkich tempach, co pasuje do charakteru tej muzyki i pomaga utrzymać właściwe proporcje.
To nie jest muzyka, której wysłucha się raz. Ona zostawia ślad. Ma w sobie coś, co sprawia, że chce się do niej wracać i poznawać ją coraz lepiej. Album wydany jest bardzo starannie: mamy tu zarówno bardzo dobre omówienie kontekstu powstania dzieła, jak i cały tekst, co w przypadku tak mało popularnego utworu jest jednak ważne. Bardzo gorąco polecam!
Bohuslav Martinů
The Epic of Gilgamesh
Lucy Crowe – sopran
Andrew Staples – tenor
Derek Welton – baryton
Jan Martiník – bas
Simon Callow – narrator
Prague Philharmonic Choir
Czech Philharmonic Orchestra
Manfred Honeck – dyrygent
Supraphon
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
