Ivo Pogorelich to pianista budzący wielkie kontrowersje i równie duże emocje. Ma zarówno swoich wyznawców, którzy wierzą w jego interpretacje jak w Ewangelię, ma też zajadłych krytyków. Ciągnie się też za nim historia sprzed 46 lat, kiedy jury Konkursu Chopinowskiego „upokorzyło” wizjonera, nie pozwalając mu przejść do finału. Paradoksalnie wyszedł na tym lepiej niż Đặng Thái Sơn, który wówczas wygrał, bo to w końcu właśnie nonszalanckiemu bad boyowi Deutsche Grammophon zaproponowała kontrakt, a nie rzeczywistemu triumfatorowi. Ale to nie pomogło, gdyż pianista ciągle od czasu do czasu wraca do tamtych wydarzeń i wzywa do „ujawnienia prawdy”.
W Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu pianista grał ten sam program, który wykonał kilka dni temu w Wiedniu i który prezentował już w Warszawie w sierpniu. Nie było mnie wtedy, ale uważnie czytałem komentarze i miałem z niektórych niezły ubaw.
Już sam początek wieczoru był nietypowy, bowiem jakieś 20 minut przed początkiem recitalu pianista znajdował się jeszcze na estradzie i… rozgrzewał się. Ubrany był w sweter, szalik, a na twarzy miał maseczkę. Widok był doprawdy osobliwy. Pogorelich udał się za kulisy dopiero mniej więcej 10 minut przed rozpoczęciem wydarzenia.
Pianista zaczął od molowych utworów Mozarta. Fantazja c-moll KV 475, Adagio h-moll KV 540 i Fantazja d-moll KV 397 złożyły się więc na pewien nieformalny tryptyk. Ta część Mozartowska była dość osobliwa. Zdarzały się Pogorelichowi odcinki, kiedy finezyjnie i miękko prowadził kantylenę, ale były one dość rzadkie. Nie można o nim powiedzieć, aby miał ładną barwę brzmienia. Wydobywał z fortepianu dźwięki dość metaliczne, ostre i w sumie brzydkie. Na dodatek niezbyt interesowała go ciągłość narracji. Wszystkie trzy utwory rozpadły się na ciągi niepowiązanych ze sobą odcinków, przedzielonych dziwnymi cezurami, zawieszeniami i przypadkowo zaakcentowanymi dźwiękami, które nie znajdowały żadnego uzasadnienia w stylu dzieł Mozarta. Zdecydowanie brakowało tu zrównoważenia.
Następna była VIII Sonata fortepianowa c-moll op. 13 Patetyczna. Nie słyszałem na żywo gorszego wykonania tego utworu. Została ona bowiem zagrana w całości topornie, ostro, mechanicznie, bez cieniowania pomiędzy lewą a prawą ręką. Akompaniament był momentami równie głośny co melodia, co, delikatnie mówiąc, nie wypadło zbyt fortunnie. W pierwszej części zdarzały się fragmenty zagrane niedbale, niedograne, niechlujne pod względem artykulacji. Nie widzę uzasadnienia dla takiej gry i do końca nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem, czy to, co Pogorelich robi, to cyniczna prowokacja („nieważne jak zagram, i tak przyjdą”) czy obserwowany od ładnych kilku lat spadek formy artysty, z którym czas nie obchodzi się łaskawie.
A po przerwie Chopin – Nokturn Es-dur op. 55 nr 2, Mazurki op. 59 i wreszcie, last but not least, II Sonata fortepianowa b-moll op. 35. Z mazurkami i sonatą jest zresztą o tyle ciekawie, że słuchałem ich 1 lutego w wykonaniu Kate Liu, więc było pole do porównań. Nokturn nie wypadł dobrze. Zagrany był brzydkim dźwiękiem, bez płynności i bez śpiewności. Ten gatunek absolutnie nie wybacza tak niechlujnego podejścia. Momentami kojarzył mi się z wykonaniem Kissina, które również było pokawałkowane, ale różnica polegała na tym, że Kissin grał tak, bo chciał, a Pogorelich chyba lepiej już grać nie może.
Mazurki wypadły lepiej. Nie były to z pewnością wzorcowe wykonania, ale nie brakowało w nich subtelnego rubata ani dobrze podkreślonego rytmu. Sonata była najciekawsza z całego recitalu, choć zaznaczę, że mocno różniła się od tego, co znamy ze starego nagrania pianisty dla DG. Wydaje mi się, że febryczność tego utworu najbardziej rezonowała z wrażliwością (albo z rozchwianiem…) pianisty. Interpretacja była ostra, dynamiczna i drapieżna, tutaj też ostrość brzmienia pasowała, choć wpadki pamięciowe dziwiły, bo pianista cały czas miał przed oczami nuty. Marsz zagrany był bardzo szybko, brzmiał wręcz bojowo, także finał wypadł sugestywnie. Na bis Pogorelich zagrał jedną z bagatel Beethovena – było to bardzo udane wykonanie.
Pogorelich miał ciepłe przyjęcie, ale nie można też mówić o jakiejś euforii ze strony publiczności. Spotkanie z legendą? Tak, na pewno. Coś więcej? Tylko momentami. Jego występy to bardziej fenomen socjologiczny niż normalne wydarzenie artystyczne. Trudno mi znaleźć uzasadnienie dla faktu, że ktoś, kto gra tak źle, cały czas przyjmowany jest tak ciepło. Kontrast z Marthą, którą słyszałem w poniedziałek, był ogromny. Jeśli zaś chodzi o Kate Liu, to były to zupełnie odmienne światy wyobraźni, zupełnie do siebie nieprzystające. Wydaje mi się, że interpretacja to rodzaj metody projekcji osobowości. Artysta nie może dać tego, czego sam nie ma. Tutaj słychać to było bardzo boleśnie.
foto. Andrej Grilc
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
