Szeherezada Rimskiego-Korsakowa – część czwarta

Czas na nowe nazwiska we wpisach na Klasycznej Płytotece. Nigdy wcześniej nie pisałem o nagraniach Doratiego, van Beinuma, Chailly’ego ani Previna. Ba, nagrań niektórych z tych Panów w ogóle wcześniej nie znałem! Spotkamy też dzisiaj starych znajomych – Dutoita i Ormandy’ego. Lecim? 😉

Nie znałem wcześniej żadnych nagrań Antala Doratiego, więc z zaciekawieniem podszedłem do jego nagrania Szeherezady z London Philharmonic Orchestra z 1937 roku. Dźwięk nie jest najlepszy, ale uwagę przykuwa sama interpretacja. Jest intensywna, drapieżna i pełna napięcia, które wybucha już w prezentacji tematu sułtana, zagranego staccato, krótkimi, odrywanymi dźwiękami. Zwróćcie też uwagę, jak płynnie Dorati przechodzi do solówki skrzypiec:

 

Dorati nie pieści uszu słuchaczy gładkim dźwiękiem. LPO gra pod jego batutą szorstko i ostro. Intrygujące jest solo skrzypiec, grane mocnym, pewnym dźwiękiem, w którym od czasu do czasu wprawne ucho wychwyci portamento. Muszę powiedzieć, że to jedna z najciekawszych interpretacyjnie solówek, jakie dane mi było usłyszeć. Posłuchamy jak brzmi na początku drugiej części:

 

Intryguje trzecia część, zagrana pewnym, mięsistymi mocnym dźwiękiem, który połączony z szybkim tempem daje bardzo dobre rezultaty:

 

Dorati prowadzi wielki finał w szybkim tempie, przez co wypada efektownie, choć jakość dźwięku daje się tu najbardziej we znaki. Węgierski dyrygent różnicuje tu też tempo bardziej niż w poprzednich częściach. Proponuję jednak posłuchać ostatniej solówki skrzypiec i powrotu tematu sułtana. Zwróćcie uwagę na glissanda:

 

Niestety nic mi nie wiadomo na temat tego aby to nagranie trafiło na płyty. Całe szczęście jest na Youtube, chociaż nawet tam nie udało mi się znaleźć nazwiska solisty.

 

Antal Dorati, London Philharmonic Orchestra, 1937, I – 9:14, II – 10:24, III – 8:17, IV – 11:33 [39:38]

 

Pomyśleć ktoś może, że także drugie nagranie Doratiego, z Minneapolis Symphony Orchestra, jest równie interesujące. Spotka go, podobnie jak mnie, srogie rozczarowanie. Nie lubię być krytykancki, lubię doszukiwać się w opisywanych nagraniach raczej pozytywów niż minusów, ale tak drętwej i nudnej Szeherezady nie słyszałem od czasu, kiedy skończyłem słuchać drugiego nagrania Ansermeta. Dźwięk jest ciasny, cienki, zbity i mało przestrzenny, a poszczególne sekcje i solówki brzmią jakby były nagrywane osobno. Interpretacja jest anemiczna, płaska, pozbawiona życia i energii. Całość brzmi lodowato zimno i pedantycznie. Posłuchajcie kilku fragmentów i przekonajcie się sami. Tak brzmi fragment pierwszej części:

 

Tutaj mam dla Was fragment z początku Święta w Bagdadzie:

 

Antal Dorati/Rafael Druian, Minneapolis Symphony Orchestra, 1958, I – 8:45, II – 10:26, III – 10:24, IV – 10:48 [40:31], Mercury

 

Kolejnym dyrygentem, którego nagrań w ogóle wcześniej nie znałem, jest Edouard van Beinum, następca Mengelberga na stanowisku szefa amsterdamskiej Concertgebouw. Czytałem wcześniej recenzje jego nagrań i wnioskowałem z nich, że to raczej taki chłodny i zdystansowany typ, niechętnie więc sięgałem po jego nagranie, zwłaszcza mając w pamięci nagranie nieszczęsnego Doratiego. Beinum mile mnie zaskoczył. Słychać od razu, że jego dźwięk Concertgebouw nie jest dźwiękiem Mengelberga, ale orkiestra jest nadal doskonale zdyscyplinowana i gra wspaniale. Równie wspaniała, pełna życia i entuzjazmu, jest interpretacja Beinuma. Dyrygent bardzo pilnuje, aby słuchacz miał poczucie ciągłości narracji. Solo skrzypiec w wykonaniu Jan Damen jest zagrane ciepłym, pełnym dźwiękiem, co w połączeniu ze żwawym tempem daje intrygujące rezultaty. Posłuchajcie tylko jak skrzypce i drewno przerzucają się melodią w pierwszej części. Tutti, które wybucha zaraz potem, nie ma tej pełni mocy, którą mają współczesne nagrania, ale to już kwestia wieku rejestracji:

 

Posłuchajcie, jak w drugiej części Beinum traktuje sekcję Vivace scherzando – trochę wolniej niż inni dyrygenci, ale za to ile uroku i wdzięku jej to dodaje:

 

Kulminacje traktowane są w ostry i stanowczy sposób:

 

Posłuchajcie też, jak pięknie – szorstko i wyraziście – brzmią grające non legato smyczki w trzeciej części:

 

Początek Święta w Bagdadzie jest zagrany jak trza – ostro i wyraziście, jak przystało na portret zirytowanego sułtana:

 

Beinum wspaniale buduje scenę burzy na morzu. Posłuchajcie wspaniale wydobytych glissand harf i świstów fletów piccolo:

 

Eduard Beinum/Jan Damen, Concertgebouw Orchestra, 1956, I – 8:55, II – 11:18, III – 8:49, IV – 12:05 [41:09], IMG Artists

 

Royal Concertgebouw Orchestra stale utrzymuje się w rankingach najlepszych orkiestr świata, rzućmy więc uchem na jedno z nowszych nagrań Szeherezady z udziałem tego zespołu. Orkiestrą kieruje Riccardo Chailly, a za solo skrzypiec odpowiedzialny jest Jaap van Zweden. Wiecie co? Nie ma chyba na świecie sali o ciekawszej, bardziej przestrzennej akustyce, która sprawia, że muzyka ma mnóstwo czasu żeby wybrzmieć. Nie dziwi mnie również, że orkiestra jest w szczytowej formie, a jej brzmienie jest przejrzyste i bajecznie bogate. Van Zweden ma swoje autorskie pomysły na interpretację swojej partii, wszystkie inne rozbudowane solówki – fagotu, klarnetu czy oboju – brzmią przepięknie. Mamy świetną akustykę, mamy rewelacyjną grę orkiestry, mamy piękny dźwięk, a jednak pozostaje uczucie niedosytu. Prawda jest taka, że Riccardo Chailly robi bardzo mało, żeby ożywić narrację i stworzyć wciągającą słuchacza opowieść. Złośliwi mówią, że najlepsza rzecz jaką może zrobić dyrygent w stosunku do orkiestry to jej nie przeszkadzać, ale włoski Maestro chyba potraktował to powiedzenie serio. Jego Szeherezadzie staje się ciągiem pięknie zagranych epizodów, ale brak w tym odrobiny szaleństwa, tej iskry. Jeśli Chailly chciał tylko pokazać, jaką świetną orkiestrę ma do dyspozycji – to mu się to w 100% udało. Jeśli chciał stworzyć swoją własną, niepowtarzalną wizję suity Rimskiego-Korsakowa – to celu nie osiągnął. Pierwsza część rozpoczyna się słabo, a sekcji blachy zdecydowanie brak pewnego, silnego brzmienia. Wszelkie odcinki obrazujące wzburzone morze również nie robią większego wrażenia. Ciekawią za to solówki van Zwedena. Posłuchajcie tylko jak steruje dynamiką:

 

Druga część zawiera jedyny bardziej indywidualny interpretacyjnie fragment. Posłuchajcie powrotu tematu sułtana, zagranego ostrymi, oderwanymi dźwiękami:

 

Nie zawodzi akustyka. Posłuchajcie jak przestrzennie brzmią kulminacje:

 

Trzecia część brzmi dość chłodno, jest zdystansowana i potraktowana w mało zmysłowy sposób. Znów uwagę przykuwają solówki van Zwedena:

 

W finale zdecydowanie brakuje rozmachu, a tempo jest stanowczo zbyt powolne, żeby zbudować niezbędne napięcie. Posłuchajcie fragmentu, którego wcześniej mogliście posłuchać w interpretacji Giergijewa:

 

Jeśli chcecie mieć pięknie zagraną i nagraną, ale niezbyt ekscytującą Szeherezadę – częstujcie się, ale ja chyba jednak wolę stołować się tam, gdzie serwują bardziej pikantne dania.

 

Riccardo Chailly/Jaap van Zweden, Royal Concertgebouw Orchestra, 2007, I – 10:34, II – 12:48, III – 10:14, IV – 13:17 [46:55], Decca

 

Bardzo podobne odczucia miałem podczas słuchania nagrania Charlesa Dutoita z Orchestre symphonique du Montréal. Również tutaj dyrygent zrobił bardzo mało, żeby w jakikolwiek sposób ożywić dzieło Rimskiego-Korsakowa i stworzyć spójną, potoczystą narrację. Orkiestra gra świetnie, dźwięk jest piękny, ale brakuje idei spajającej interpretację, energii i zaangażowania. Broni się w zasadzie tylko część czwarta, w której gra orkiestry ożywia się i nabiera rumieńców. Czy wszystkie nuty są na swoim miejscu? Tak. Czy to dobre nagranie? Tak. Czy to dobry produkt? Jak najbardziej! Czy to wciągająca opowieść? Nie. Czy Dutoit daje coś od siebie? Nie, bardziej sprawia wrażenie, jakby go Szeherezada w sumie niewiele obchodziła.

 

Charles Dutoit, Orchestre symphonique du Montréal, 1983, I – 10:32, II – 11:32, III – 10:33, IV – 12:24 [45:01], Decca

 

Nierówne jest nagranie Eugene’a Ormandy’ego z Philadelphia Orchestra.  Jakość dźwięku i gra orkiestry są prawdziwie bajeczne i zadowolą najbardziej wybrednych słuchaczy. Ormandy odziedziczył po Stokowskim (który przyczynił się do sukcesu Filadelfijczyków) pierwszorzędny zespół i dobrze wiedział, jak utrzymać jego poziom. Świetnie poradził sobie z orkiestrą i wydobył z partytury Rimskiego-Korsakowa to co trzeba. Szkopuł w tym, że nie dysponował wystarczająco żywym temperamentem, aby tchnąć życie w suitę rosyjskiego kompozytora. Stoicki spokój na pewno przydaje się, kiedy trzeba wydobyć z gęstej partytury środkowe, mało oczywiste głosy czy zróżnicować barwę, ale kiedy przychodzi do przedstawienia burzy szalejącej na morzu – to nie wystarcza. Przekonajmy się jednak na własne uszy, o co tak naprawdę chodzi.

Wszyscy soliści w pierwszej części są absolutnie rewelacyjni, a wydobyci są tak wyraziście, że robi się z tego miniaturowy koncert na orkiestrę:

 

W drugiej części Ormandy rewelacyjnie gra barwą i wydobywa niezwykle intrygujące brzmienie z grających tremolo smyczków. Zwróćcie też uwagę na crescendo i tryle waltorni, których nie ma w partyturze. Czyżby to obecność Stokowskiego, który w tym samym roku dyrygował Szeherezadą z Filadelfijczykami, tak wpłynęła na Ormandy’ego?:

 

Trzecia część jest zagrana przepięknie, a smyczki brzmią niezwykle uwodzicielsko. Nie mogę jednak wybaczyć dyrygentowi dużego, absurdalnego i zupełnie niepotrzebnego skrótu pod koniec:

 

W części czwartej Ormandy nie szaleje i nie ekscytuje zbytnio ani siebie, ani orkiestry, ani słuchaczy. Mamy tu jednak miłe uchu detale, jak choćby świetnie nagraną perkusję:

 

Czy tak samo jak w drugiej części intrygującą grę barwą w grających tremolo smyczkach, która tworzy migotliwą i roziskrzoną mieszankę:

 

Eugene Ormandy/Anshel Brusilow, Philadelphia Orchestra, 1962, I – 10:17, II – 11:41, III – 9:46 (S), IV – 12:22 [44:11], Sony

 

 

Bardzo piękną Szeherezadę nagrał z Wiener Philharmoniker André Previn. Słuchając jego wersji miałem poczucie, że to ten sam typ liryzmu, który reprezentował w swojej interpretacji Rostropowicz. Nic tu nie jest przesadzone, nic nie jest przeforsowane, słychać za to wyraźnie, że dyrygent przywiązuje ogromną wagę do śpiewnych linii melodycznych, do poczucia ciągłości narracji. Opowieść płynie niespiesznie ale płynnie.Tego typu podejście bardzo zresztą Szeherezadzie pasuje, w błędzie będą też ci, którzy pomyślą, że wersja Previna to kalka interpretacji Rostropowicza. Wiedeńczycy ukryli w zanadrzu kilka niespodzianek. Posłuchajcie tylko akordów drewna na samym początku pierwszej części – każdy z nich brzmi inaczej, wyraźnie słychać też, kiedy poszczególne instrumenty pauzują, a kiedy wchodzą. Solo skrzypiec w wykonaniu Rainera Küchla również jest piękne, posłuchajcie jednak głęboko brzmiącej harfy:

 

Również odcinkom tutti nic nie brakuje. Nie przytłaczają mocą, ale wszystko jest na swoim miejscu:

 

Posłuchajcie jak z zawadiacką nonszalancją snują opowieść smyczki na początku drugiej części:

 

W trzeciej części czeka nas przepiękna solówka klarnetu. Rimski-Korsakow zapisał w partyturze grazioso i to jest dokładnie to co tutaj słyszymy:

 

Finał również nie jest grany bardzo szybko, ale wykonawcy przywiązują ogromną wagę do dokładnego artykułowania rytmu, przez co szybkie tempo nie jest im potrzebne, aby uzyskać wrażenie, że dużo się w muzyce dzieje. Posłuchajcie przebiegów blachy:

 

Zwróciliście uwagę na okładkę tej płyty? Nie wiem co zażywał grafik, ale musiało być mocne i zażywane w dużych ilościach.

Andre Previn/Rainer Küchl, Wiener Philharmoniker, 1981, I – 10:43, II – 12:02, III – 10:57, IV – 12:28 [46:29], Philips

 

Zazwyczaj jestem bardzo ostrożny w ferowaniu ostatecznych opinii i uznawaniu jakichś interpretacji za ostateczne. W przypadku Szeherezady jest inaczej. Jest jedno takie nagranie, które budzi mój szczery, całkowity i nieopanowany entuzjazm. Szherezada wszystkich Szeherezad? Na to wygląda! Opowiem Wam o tym nagraniu następnym razem 😉

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.