VII Symfonia Gustava Mahlera – część trzecia

 

 

Intrygujące interpretacje dzieł Mahlera pozostawił po sobie rosyjski dyrygent Kiryłł Kondraszyn. Nagrał Siódmą dwa razy – raz w studio, jeszcze w Rosji, po raz drugi zaś zarejestrował to dzieło podczas koncertu w Amsterdamie w 1978 roku. Pierwsze z tych nagrań zarejestrowane zostało z rosyjską orkiestrą, a to oznacza szalenie specyficzną i charakterystyczną grę, zwłaszcza jeśli chodzi o dęte blaszane. Słychać to od razu w momencie wejścia rogu tenorowego – dźwięk jest nie tylko bardzo miękki, ale też rozwibrowany. Kondraszyn prowadzi wstęp nieśmiało i powoli:

Niestety jakość dźwięku nie jest najlepsza, przez to wartko prowadzony temat pierwszy nie brzmi zbyt pewnie czy energicznie. Słychać że orkiestra nie zna tej muzyki zbyt dobrze i nie czuje się w niej pewnie. Kondraszyn prowadzi całość w wartkim tempie, interesująco brzmią niektóre wejścia blachy, ale całości brakuje nieco koncentracji. Tak brzmią niektóre z wejść blachy. Zwróćcie uwagę na charakterystyczny, rozwibrowany dźwięk:

W zakończeniu Kondraszyn umiejętnie eksponuje ostrą wyrazistą rytmikę:

Nachtmusik I brzmi w wykonaniu Rosjanina dość nieśmiało. Gra orkiestry jest przytłumiona, tym bardziej kontrastowe są ostre wejścia perkusji:

Tempo jest wartkie, a muzyka płynie i nie ciągnie się niepotrzebnie. Dominuje tu jednak poczucie, że orkiestra nie czuje się w tej muzyce zbyt dobrze, gra ostrożnie i bez pazura.
Takie samo odczucie miałem podczas słuchania Scherza. To interpretacja prowadzona w wartkim tempie, z życiem i wyczuciem barwy, ale cały czas słychać że czegoś tu brak. Tylko okazjonalnie orkiestra pozwala sobie na bardziej soczystą i bardziej pewną grę:

Serenada jest pospieszna i nerwowa. Słychać wyraźnie że Kondraszyn zastąpił oznaczenie andante amoroso swoim własnym – allegretto con ansia. Pasuje to jednak do tej muzyki, wnosi bowiem element zaskoczenia i napięcia. Część ta prowadzona jest z zaangażowaniem i polotem. Tak brzmi zakończenie:

Także finał prowadzi Kondraszyn diabelnie szybko, ale także tu czegoś brakuje. Niby jest tu ostra pulsacja rytmiczna, dużo się dzieje, ale brak w tym przekonania i zaangażowania:

Ta interpretacja brzmi tak jakby dyrygent był do tego utworu przekonany i dokładnie wiedział czego chce, ale jednocześnie nie udało mu się przekonać do tego orkiestry. Efekt jest osobliwy, nierówny, idiosynkratyczny, nie do końca porywający. Dla koneserów.

Kiryłł Kondraszyn, Moscow Philharmonic Orchestra, 1976, I – 21:40, II – 14:08, III – 9:45, IV – 10:49, V – 15:55 [72:45], Miełodija

Amsterdamska Concertgebouw w żadnym wypadku nie jest orkiestrą, której można zarzucić brak tradycji w graniu Mahlera. O ile więc moskiewski zespół mógł nie znać stylu tego dzieła i w związku z tym czuć się na tym gruncie niepewnie, o tyle orkiestra o tradycjach sięgających samego Mahlera i Mengelberga miała (i wciąż ma!) tę muzykę we krwi. Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny czynnik, a mianowicie fakt, że drugie z nagrań Kondraszyna to rejestracja koncertowa.
Początek pierwszej części jest powolny, wyciszony, nieśmiały, brzmi jakby wyłaniał się z ciszy i powoli przybliżał do słuchającego. Dźwięk nie jest najlepszy – jest raczej cienki i pozbawiony rejestru basowego. Po dość wolnej introdukcji duże wrażenie robi przyspieszenie pulsu i płynne przejście do pierwszego tematu:

Temat drugi rozpoczyna się bardzo nieśmiało i powściągliwie, a Kondraszyn powstrzymuje wybuch napięcia do ostatniej chwili:

Brzmienie orkiestry jest przejrzyste i przestrzenne, co sprawia że jej gry słucha się z wielką przyjemnością. Kondraszyn doskonale czuje nastrój tej muzyki i jest w stanie zrealizować swoje pomysły z większą łatwością niż w poprzednim nagraniu. Powolne odcinki w środku tej części grane są powoli, z wielkim skupieniem, wyczuciem i poczuciem wielkiej przestrzeni, którego ta muzyka tak bardzo potrzebuje:

Wielkie wrażenie robi także późniejszy konsekwentny wzrost napięcia i śmiałe eksponowanie brzmienia perkusji i ostrej rytmiki. Tym razem jednak wszystko jest znacznie bardziej gorące, potężne, plastyczne i przejmujące. Tak brzmi zapierające dech w piersiach zakończenie, w którym dyrygent dodał crescendo talerzy:

Część druga rozpoczyna się nieśmiało, ale marsz, pomimo cichej dynamiki, jest dziarski i energiczny. Kondraszyn ponownie wyeksponował tu ostre brzmienie kotłów:

Walc jest dość pospieszny i rytmiczny, ale tempo zwalnia w momencie pojawienia się nawoływań waltorni, co wprowadza element grozy i niepokoju:

Kondraszyn pokazuje się tutaj od jak najlepszej strony. Interpretuje tę część wyraziście, mocno różnicując tempa, dynamikę, barwę i nastroje tej muzyki. Znakomicie brzmią fagoty pod koniec tej części:

Nie rozczarowuje także Scherzo, w którym duże wrażenie robi ostra, krótka artykulacja jak ulał pasująca do tej muzyki. Concertgebouw wykonuje to ogniwo z pozbawioną ostentacji wirtuozerią. Nastrój oscyluje pomiędzy melancholią a makabreską, a Kondraszyn sprawnie podkreśla humorystyczne akcenty w rodzaju burknięć fagotów czy potężnych uderzeń kotłów:

Nie rozczarowuje także kulminacja z uderzeniem strun o gryf:

Serenada jest bardzo podobna do tej z poprzedniego nagrania Kondraszyna. Także tutaj grana jest w bardzo szybkim tempie, co dodaje jej niepokoju i sprawia, że słodycz miesza się z lękiem i grozą:

Posłuchajcie jak grana jest ostatnia kulminacja. Żadne to andante amoroso, bardziej allegro furioso:

Ostatnia część jest zadziwiająca. Kondraszyn przedziera się przez tę muzykę jak w dzikim szale, w zawrotnym tempie, maniakalnie i zapalczywie, choć nie zawsze perfekcyjnie pod względem intonacji. Tak brzmi początek:

Także późniejszy przebieg narracji pozytywnie zaskakuje potoczystością, rytmicznością i wielką plastycznością w kształtowaniu narracji:

Wiele fragmentów zaskakuje dzikością i gwałtownością:

Kapitalna kreacja! Dzika, bardzo emocjonalna, niezwykle plastyczna, subiektywna, sugestywna i bardzo odkrywcza! Kondraszyn trafnie i z wielkim polotem podkreśla ogromne zróżnicowanie skrajnych nastrojów tego dziwnego i pięknego utworu.

Kiryłł Kondraszyn, Concertgebouw, 1979, I – 21:34, II – 14:06, III – 9:46, IV – 10:48, V – 16:09 [72:23], Tahra

 

 

Węgierski dyrygent Sir Georg Solti pozostawił po sobie jedno nagranie Siódmej, zarejestrowane studyjnie w 1971 roku ze znakomitą Chicago Symphony Orchestra. Kapelmistrz ten miał dość specyficzne podejście do wykonywanych utworów (niektórzy złośliwcy uważają że jego ulubioną dewizą był louder is better), stąd też jego wizja może wzbudzić wśród niektórych słuchających kontrowersje. O tym że będzie to interpretacja bezkompromisowo ostra świadczy już początek. Wyraziście akcentowany rytm, niemal bojowe zawołania blachy rodzą skojarzenia z armią szykującą się do bitwy niż z samotną nocną wędrówką:

Pierwszy temat brzmi w tej stylistyce bardzo dobrze, grany jest mocno, pewnie, a blacha brzmi znakomicie – czysto i precyzyjnie. Nadspodziewanie ostre jest wejścia tematu drugiego, gdzie Solti wyraźnie zaakcentował łamane akordy w sekcji smyczków:

Solti przedziera się przez partyturę Mahlera bez doszukiwania się w niej większych niuansów dynamiki czy tempa, stąd też z jednej strony jego interpretacja porywa energią, z drugiej zaś może się wydać płaska i jednowymiarowa. Dzieje się tak jednak tylko do momentu zatrzymania akcji i nagłej zmiany tempa, którą Solti przeprowadził z dużym wyczuciem. Pięknie brzmią tu smyczki i glissando harfy:

Jednocześnie w niektórych kulminacjach zadziwiająco cicho i niemrawo brzmią talerze, co odbiera im impetu i energii. Zakończenie wyraziste, ostre i dynamiczne, ale jednocześnie mechaniczne. Gra blachy – brawurowa! Poziom wglądu w muzykę – zerowy!
Nachtmusik I brzmi ostro i wyraziście, a kotły w kulminacjach wyskakują z głośników jak diabeł z pudełka:

Ogniwo to zrobione jest dość mechanicznie i bez większej wyobraźni. Zagrane jest przepięknie, ale co z tego, skoro brak tu treści? Balans pomiędzy grupami instrumentów jest dość sztuczny i tak np. z głośników równie raptownie wyskakuje cichy zazwyczaj glockenspiel.
Scherzo brzmi pod batutą Soltiego osobliwie. Teoretycznie gra orkiestry jest zjawiskowa, a dyrygent wyciąga z orkiestry wiele ciekawych detali w rodzaju tych wtrąceń drewna, w tym przypadku kontrafagotu:

Ale w praktyce jakoś dziwnie brak tu demonicznego nastroju i tego dziwnego mahlerowskiego dekadenckiego klimaciku.
Prowadzona w umiarkowanym tempie Nachtmusik II byłaby dużo lepsza, gdyby dyrygent zechciał odnaleźć w tej muzyce choć odrobinę poetyckiego nastroju. Pod jego batutą ogniwo to brzmi jednak dość masywnie, a zmiany nastroju są przesadzone i momentami karykaturalnie drastyczne, sztywne pod względem rytmu:

Finał jest krzykliwy, szybki i mechaniczny. Na początku brzmi przyjemnie, szybko jednak staje się męczący i nudny. To w zasadzie wszystko co można i trzeba o tym ogniwie powiedzieć. Taki jest początek:

Tego typu niepotrzebnie brutalnych odcinków jest znacznie więcej:

Głównym problemem Soltiego jest tutaj brak umiejętności wczucia się w nastrój dzieła Mahlera. Dyrygent miał do dyspozycji orkiestrę zdolną do zrealizowania każdego, najbardziej wymagającego utworu, a jedyne co zrobił z nią Solti to wyprodukował dużo hałasu. To tak jakby kupić sobie Maybacha i jeździć nim wyłącznie do najbliższego Lidla na zakupy.

Sir Georg Solti, Chicago Symphony Orchestra, 1971, I – 21:41, II – 15:50, III – 9:18, IV – 14:32, V – 16:29 [77:36], Decca

Aż pięć nagrań Siódmej pozostawił po sobie Klaus Tennstedt. Udało mi się dotrzeć do czterech jego rejestracji. Najbardziej znana jest wersja studyjna, pozostałe zostały zarejestrowane przez tego kapelmistrza w warunkach koncertowych. Często występował on zresztą z najlepszymi orkiestrami w USA, co tylko podnosi atrakcyjność tych nagrań. Pierwsze z nich pochodzi z koncertu z Cleveland Symphony Orchestra, który odbył się w 1978 roku.
Początek jest ostry i dynamiczny, pełen ponurej determinacji, jednocześnie zaś brzmi przestrzennie, a dyrygent pozwala tu muzyce oddychać. Znakomicie prezentuje się sekcja blachy:

Drugi temat introdukcji jest szybszy, ale dyrygent znakomicie różnicuje tempo, dzięki czemu przejście to jest naturalne i dobrze wyczute. Tak samo zaprezentowany jest wyrazisty, znakomicie przez blachę zrealizowany, dynamiczny temat pierwszy. Myśl muzyczna w C-dur powoli nabiera rozpędu, aż staje się przejmująco namiętna:

Wielką zaletą tej interpretacji jest to, że Tennstedt potrafi znakomicie zaakcentować wielowymiarowość tej muzyki. Potrafi być jednocześnie paląco intensywny jak i poetycki. Potrafi tak pokierować narracją, że muzyka ma czas na oddech, co czuć zwłaszcza w powolnych, ekspresyjnych odcinkach w środku pierwszej części. Zwróćcie uwagę na pięknie brzmiące, kremowe smyczki i znakomitą blachę:

Intensywne i dynamiczne jest zakończenie, w którym Tennstedt nie waha się eksponować ostrej rytmiki z wydatnym udziałem perkusji:

Początek Nachtmusik I jest mocno kontrastowy. Pierwszy odcinek tutti kończy się dynamicznie i ostro, a następujący po nim marsz prowadzony jest powoli, ale jednocześnie wyraziście:

Także tutaj Tennstedt nie waha się wprowadzać ostrych akcentów rytmicznych i mocno kontrastować ze sobą poszczególnych odcinków. Owa ostrość znakomicie się w tej muzyce sprawdza, sprawia że staje się ona barwna, dynamiczna i niezwykle angażująca:

Część trzecia jest przejmująco ostra, wyrazista i drapieżna, z wyraźnie zaakcentowaną rytmiką. Znakomicie wypada przewrotne i pełne przewrotnego humoru trio:

Świetne, dynamiczne i pełne rozmachu kulminacje, świetna gra barwą w solo altówki:

Nachtmusik II jest tak samo barwna jak poprzednie ogniwa. Dźwięk smyczków jest ekspresyjny, dużo też w tej interpretacji grozy i niepokoju:

Serenada nie przynosi słuchającemu ukojenia, a kulminacje są ostre i dynamiczne:

Wyśmienicie, przebojowo i radośnie brzmi brawurowo zagrane finałowe rondo. Muzyka jest wyrazista i pełna rytmicznej energii:

Rewelacyjnie, zadziornie, humorystycznie i urokliwie brzmi solówka dwojga skrzypiec:

Napięcie budowane jest konsekwentnie aż do potężnego i bardzo dynamicznego zakończenia:

Kapitalna, świeża i barwna interpretacja. Jakość dźwięku nie jest może rewelacyjna, ale samego wykonania słucha się z ogromną przyjemnością. Tennstedt wyjątkowo dobrze wyczuł, o co chodzi w tym utworze i zrealizował to brawurowo i z wielką charyzmą.

Klaus Tennstedt, Cleveland Orchestra, 1978, I – 21:03, II – 15:09, III – 9:30, IV – 12:24, V – 16:42 [75:40], Memories

 

 

Najbardziej znane nagranie Siódmej pod batutą Tennstedta to rejestracja studyjna z 1980 roku, nagrana z London Philharmonic Orchestra. Początek jest mroczny, powolny i bardzo przestrzenny. Wykonanie jest interesujące, niestety od początku staje się jasne, że dźwięk tej rejestracji jest jasny, dość cienki, cichy i w zasadzie pozbawiony rejestru basowego. Sama interpretacja jest dość ciężka, powolna i romantyczna, a Tennstedt wnikliwie obserwuje wszystkie obecne w tej muzyce zawahania tempa i nastroju. Piękne i doskonale wyczute są zwłaszcza grane poetycko i delikatnie fragmenty liryczne:

Niestety we fragmentach bardziej dramatycznych czuć, że to nagranie studyjne i że Tennstedt, który takowych nie lubił, nie był w stanie w tych warunkach wykrzesać z orkiestry napięcia i energii niezbędnych do stworzenia naprawdę wielkiej i porywającej interpretacji. Tak brzmi jeden z marszowych odcinków pod koniec tego ogniwa:

Lepiej brzmi pod batutą tego dyrygenta część druga, w której Tennstedt umiejętnie podkreśla zarówno ostrość muzyki, jak i lekkość fragmentów tanecznych, które wypadły tu szczególnie dobrze:

Niestety, dzwonki pasterskie, harfy i tam-tam są tu prawie zupełnie niesłyszalne.
Scherzo byłoby dużo ciekawsze, gdyby jakość dźwięku była lepsza. Tennstedt prowadzi je bardzo umiejętnie, z werwą i wyczuciem podkreślając zabiegi instrumentacyjne Mahlera, ale co z tego, skoro całość nie brzmi tak barwnie jako powinna. Ciekawie wypadają ostro artykułowane akcenty rytmiczne:

Świetnie wypada kulminacja z pizzicato z uderzeniem o gryf:

 

Czwartą część prowadzi Tennstedt w umiarkowanym tempie, nie popadł jednak w nadmierny sentymentalizm. Muzyka płynie naturalnie i swobodnie, choć ze względu na jakość dźwięku nie jest tak ciepła ani barwna jak mogłaby być. Piękna i ekspresyjna jest kulminacja:

Finał rozpoczyna się wielce obiecująco, jest wartki i bardzo energiczny:

Gra LPO jest ostra, zadziorna i pełna żywej energii. Wiele tu fragmentów, w których orkiestra wydaje się wręcz iskrzyć:

W innym miejscu świetnie wypadają nawoływania blachy:

Świetne są też głośne dzwony w zakończeniu:

To nierówne nagranie. Brak w nim trochę koncentracji i napięcia, przeszkadza też płaski i mało przestrzenny dźwięk. Interpretacja rozkręca się tak naprawdę na dobrą sprawę w ostatniej części, która jest świeża i pełna entuzjazmu. W pozostałych ogniwach wyraźnie czegoś brakuje.

Klaus Tennstedt, London Philharmonic Orchestra, 1980, I – 23:19, II – 16:49, III – 10:17, IV – 15:12, V – 18:02 [83:39], Warner

Kolejne z nagrań Tennstedta zarejestrowane zostało podczas koncertu niemieckiego dyrygenta z Philadelphia Orchestra w lutym 1987 roku.
Rozpoczęcie jest nadspodziewanie miękkie i łagodne. Blacha nie jest zbyt krzykliwa, jej brzmienie jest raczej stopliwe i miękkie. Świetnie brzmią waltornie w wartko poprowadzonym temacie pierwszym, z ogromną przyjemnością słucha się także smyczków w jedwabisty sposób prezentujących temat drugi. Tennstedt prowadzi tę część w umiarkowanym tempie, ale potoczyście, z wyczuciem i wielkim rozmachem. Udało mu się tu też uzyskać poczucie organicznego rozwoju muzyki, czyli to co jest tak trudne, a co sprawia że interpretacja danego dzieła jest spójna i porywająca. Zaznacza też w odpowiednich momentach ostrzejsze akcenty, co pasuje tu znakomicie. Środkowe epizody brzmią miękko i lirycznie. Brzmienie smyczków jest absolutnie cudowne – giętkie, ekspresyjne i zmysłowe. Sposób budowania napięcia przez Tennstedta to mistrzostwo świata. Zakończenie jest porywające, bardzo emocjonujące, gorące, z ostrą, wyraźną rytmiką.
Zjawiskowo prowadzi Tennstedt Nachtmusik I, umiejętnie wydobywając barwy i zaznaczając rytmy, co daje całość wciągającą bez reszty, porywającą i ciekawą. Umiejętnie buduje nastrój, który jest na przemian ludyczny i oniryczny. Wiele tu brzmień szorstkich i chrapliwych, jednak w ogólnym rozrachunku nad wyraz trafnych, podnoszących też atrakcyjność tej interpretacji.
Scherzo prowadzone jest niespiesznie, wybornie brzmią tu omdlewające, wyraziste glissanda smyczków. Miałem jednak poczucie, że brzmienie jest zbyt miękkie, zbyt luksusowe i ciepłe. Za mało tu kantów i ostrości, za mało rzeczy drażniących słuchającego i wyrywających go ze strefy komfortu. Jednocześnie absolutnie nie da się zarzucić Tennstedtowi braku wyczucia czy zrozumienia stylu tej muzyki.
Jak można się było po Filadelfijczykach spodziewać, część czwartą grają cudnie, a z jędrnymi, mięsistymi smyczkami dialoguje tutaj sprawnie wydobyty z brzmienia klarnet. Tempo jest umiarkowane, a wszystkie zawahania tempa i ekspresji wyczute świetnie. Kulminacje nie są może tak ostre i dramatyczne jak w innych wykonaniach, ale są za to doskonale plastyczne i selektywne, dzięki czemu usłyszymy w nich wiele niespodzianych elementów.
Pod względem jakości dźwięku finał brzmi zdecydowanie najgorzej. Jest przesterowany, a dźwięk jest momentami nieprzyjemnie dudniący. Sama interpretacja jest zajmująca, doskonale wyczuta, ciekawa i angażująca. Tempo jest dość powolne, przez co muzyka jest majestatyczna i dostojna.
To porywająca interpretacja, pełna życia, energii i polotu. Sprawi wiele radości tym, którzy będą w stanie przejść do porządku dziennego nad niedoskonałym dźwiękiem.

Klaus Tennstedt, Philadelphia Orchestra, 1987, I – 22:36, II – 16:43, III – 10:29, IV – 14:53, V – 19:02 [82:32], St-Laurent Studio 

 

 

Ostatnie z nagrań koncertowych Tennstedt zarejestrował w maju 1993 roku w londyńskiej Royal Festival Hall z London Philharmonic Orchestra. Ta jego ostatnia interpretacja rozpoczyna się bardzo powoli, z namaszczeniem, a silne skojarzenia z marszem żałobnym nasuwają się same. Drugi z tematów introdukcji jest trochę szybszy, później zaś, przy powrocie pierwszego tematu Tennstedt robi pauzę, aby powrót tej myśli muzycznej mocniej zaakcentować, co jest przekonujące, choć sprzeczne z tym czego chciał Mahler. Kompozytor życzył sobie tu tempa nieco szybszego niż na początku. W ogóle tempo jest tu bardzo niespieszne, co sprawia że muzyka staje się przestrzenna. Drugi temat jest niespieszny, nonszalancko wręcz leniwy:

Początkowo brzmi to dość interesująco, kłopot w tym że napięcie prędko opada, a muzyka staje się dość ospała. Środkowa powolna część prowadzona jest przez Tennstedta wspaniale, lirycznie, poetycko i z wyczuciem, szkopuł w tym że nie kontrastuje prawie w ogóle z wprowadzeniem. Znakomite są tutaj ostre, masywne wejścia blachy, podkreślające mroczny charakter muzyki:

Pod koniec tego ogniwa Tennstedt umiejętnie przyspiesza, co ożywia narrację i wprowadza nareszcie niezbędny element kontrastu z resztą tego ogniwa. Niestety, w moim odczuciu dzieje się to o wiele za późno aby uczynić interpretację tej części interesującą.
Rozpoczęcie Nachtmusik I jest powolne i tajemnicze, świetnie wypada pierwszy epizod tutti, w którym dyrygent wyciąga z orkiestry ciekawe, ostre i chropowate brzmienia:

Marsz jest niespieszny, ale prowadzony czytelnie, selektywnie i z wyczuciem tajemniczego nastroju. Tennstedt wydobywa z orkiestry ciekawe elementy, podkreśla ostre wejścia drewna czy akcenty smyczków. W pierwszym, tanecznym trio przepięknie, soczyście i ekspresyjnie brzmią smyczki. Zdecydowanie podobał mi się groteskowy momentami klimat, jaki tak sugestywnie i niespiesznie stworzył tu dyrygent. Przepysznie wypada kulminacja w drugim triu:

Upiorne Scherzo prowadzone jest niespiesznie, co daje Tennstedtowi i orkiestrze mnóstwo czasu na wydobycie z partytury wszystkich groteskowych efektów specjalnych w rodzaju upiornych glissand czy warknięć tuby:

Tak prowadzone trzecie ogniwo brzmi fatalistycznie, mrocznie, obsesyjnie, desperacko:

 

Świetne zakończenie!

 

W niespiesznie prowadzonej serenadzie zmysłowość przenika się z niepokojem. Barwa brzmienia LPO jest ciemna, gęsta, mroczna:

Powoli powtarzane niskie dźwięki mandoliny i gitary wprowadzają element grozy:

Dopiero w zakończeniu brzmienie rozjaśnia się, pojawia się nadzieja i odprężenie.

Prawdziwe wytchnienie przynosi jednak dopiero grany z animuszem finał. Tempo jest niespieszne, dzięki czemu muzyka brzmi przestrzennie, triumfalnie i potężnie. Tam gdzie trzeba dyrygent potrafi przyspieszyć, gdzie trzeba – zwolnić, aby nieco zaokrąglić frazę. Świetnie brzmią potężne uderzenia perkusji:

Zakończenie jest powolne, monumentalne i przejmująco potężne:

To bardzo specyficzna interpretacja. Mroczna, poważna, momentami nawet desperacka i dekadencka. Tennstedt potraktował wędrówkę przedstawioną w tej Symfonii bardzo serio, a swoją wizję zrealizował niezwykle konsekwentnie. Nie zawahał się przy tym eksponować brzmieć brzydkich, ostrych i chropowatych.

Klaus Tennstedt, London Philharmonic Orchestra, 1993, I – 24:09, II – 17:59, III – 11:07, IV – 15:30, V – 19:53 [88:43], Warner

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.