Willén, Sambeek i Wachnik w Filharmonii Narodowej

Koncerty w Filharmonii Narodowej 18 i 19 stycznia zawierały w programie same warszawskie premiery. Ani popularne i często grane w innych krajach dzieła Jeana Sibeliusa, ani uwertura Carla Nielsena nie były bowiem nigdy wcześniej grane przez Orkiestrę Filharmonii Narodowej.

Koncert rozpoczął się od krótkiego przemówienia szwedzkiego dyrygenta Niklasa Willéna. Artysta wyraził współczuje z powodu śmierci Prezydenta Adamowicza, poprosił o powstanie i uczczenie jego pamięci minutą ciszy, a na koniec oświadczył, że ze względu na tę okoliczność podjął decyzję, aby z całej suity Karelia Sibeliusa wykonać tylko część drugą – Balladę. Była to trafna decyzja. Pomimo że wstępne Intermezzo i końcowe Alla marcia są zdecydowanie bardziej charakterystyczne niż Ballada, to mają też triumfalny i optymistyczny charakter, który nie byłby odpowiedni do okazji. Część środkowa suity Sibeliusa została zagrana dźwiękiem ciemnym i masywnym, a dyrygent przywiązywał dużą uwagę do cieniowania dynamiki.

Następnie zabrzmiał trzyczęściowy, trwający ok. 25 minut Koncert na dwa fagoty fińskiego kompozytora Kalevi Aho, ucznia Einojuhaniego Rautavaary. Było to prawykonanie tego dzieła, przez co budziło zrozumiałe zainteresowanie. Partie solowe wykonali Bram van Sambeek i Leszek Wachnik, fagocista OFN. Panowie zagrali wyśmienicie i wirtuozowsko, jednak kompozycja sama w sobie budziła mieszane uczucia. Aho silnie podkreślił kolorystykę w partii orkiestry (zwłaszcza w rozbudowanej sekcji perkusji), co skutecznie odwracało uwagę od fagotów. Nie są to instrumenty dysponujące nośnym dźwiękiem, były też systematycznie zagłuszane przez orkiestrę, nad którą Willén do końca nie zapanował. Interesujące rzeczy działy się pod koniec trzeciej części, gdzie obaj soliści mogli przez chwilę pograć solo. Konserwatyzm tej muzyki balansował na granicy wtórności, co sprawiło, że oklaski publiczności były wyjątkowo krótkie i niemrawe.

Druga część koncertu rozpoczęła się od wykonania uwertury Helios Nielsena, która miała wyrazić (podobno) zachwyt kompozytora nad greckim krajobrazem. Kompozycja została sprawnie wykonana przez orkiestrę, ładnie spisały się zwłaszcza waltornie. Rzecz w tym, że muzyka była tak mdła i pozbawiona ikry, że nie pozostawiła w zasadzie żadnego wrażenia. To taki muzyczny ekwiwalent kilograma puddingu (oczywiście bez żadnych przypraw).

Daniem głównym była jednak VI Symfonia Sibeliusa, dzieło o zdecydowanie bardziej wyraźnym obliczu, oszczędne w wyrazie, chłodne, surowe, a jednocześnie przejmujące. Ową surowość symfonia zawdzięcza w dużym stopniu użyciu przez Sibeliusa skali doryckiej. Sam kompozytor stwierdził, że to jego dzieło zawsze przypomina mu zapach świeżego śniegu. Trafna metafora.
Wykonanie było nierówne. Waltornie miały problemy z intonacją, zdarzały się też nieprecyzyjne wejścia poszczególnych grup. Wizja Willéna nie była konsekwentna. Były tam miejsca zagrane ciężko, niezgrabnie i nazbyt romantycznie, ale inne z kolei odcinki frapowały energią. Za dobry przykład może posłużyć zagrana ostro i szybko część trzecia, której zakończenie zresztą publiczność powitała gromkimi brawami. Dobrze wypadło też zakończenie – przejmujące i ekspresyjne.
Koncert pokazał, że z repertuarem skandynawskim nadal jesteśmy w lesie. Dobrze jednak, że się to zmienia, wszak lepiej późno niż wcale!

 

foto. DG Art Projects/Filharmonia Narodowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.