Program majowych koncertów Riccarda Mutiego z Wiener Philharmoniker mógł zaskoczyć, składał się bowiem w całości z symfonii Josepha Haydna. Nie jest to kompozytor, po którego dzieła włoski dyrygent sięga szczególnie często, choć warto przypomnieć, że ma w swoim dorobku fonograficznym m.in. Siedem ostatnich słów Chrystusa na krzyżu (nagrane z Berliner Philharmoniker dla Philipsa) czy Stworzenie świata (zarejestrowane z Wiedeńczykami). Tym razem sięgnął jednak wyłącznie po dzieła orkiestrowe, a konkretnie po napisane w 1794 roku trzy ostatnie Symfonie londyńskie, będące zarazem trzema ostatnimi symfoniami skomponowanymi przez Haydna. Były to: Symfonia B-dur Hob. I:102, Symfonia Es-dur Hob. I:103 (Z uderzeniem w kotły) oraz, last but not least, Symfonia D-dur Hob. I:104 Salomon – nazwana tak na cześć impresaria, który dwukrotnie zaprosił kompozytora do Londynu. Jest to repertuar tradycyjny, na którym Wiedeńczycy zjedli zęby, wszak Haydn jest najstarszym z klasyków wiedeńskich, swoistym Starym Testamentem austriackiej muzyki symfonicznej.
Orkiestra grała w zmniejszonym składzie, przynajmniej jeśli chodzi o kwintet smyczkowy: 4 kontrabasy, 6 wiolonczel, 8 altówek, 10 drugich i 12 pierwszych skrzypiec. Zresztą o poziomie samej orkiestry trudno się rozpisywać, bo był po prostu wzorcowy. Wiedeńczycy grali ciepło, niezwykle precyzyjnie i czysto. Muti pozytywnie zaskoczył swoim podejściem do symfonii Haydna. Jego wyczucie stylu tej muzyki okazało się niezwykle trafne: kulminacje budowane były naturalnie i z rozmachem, a części wolne nigdy nie stawały się przesadnie rozwlekłe. Dyrygent dbał o to, by muzyka płynęła i przez cały czas pozostawała śpiewna, co było jedną z największych zalet tych wykonań. Dyrygował bardzo oszczędnie, lekkimi ruchami batuty akcentując kluczowe momenty. Także części pierwsze i finały okazały się satysfakcjonujące: pełne suspensu, blasku, rozmachu i humoru (za wyjątkiem ponurego wstępu do Symfonii nr 103 z wymownym cytatem z Dies irae). Jeśli coś nie do końca mnie w tych wykonaniach przekonywało, były to części trzecie, ergo menuety. Prowadzone były, jak na mój gust, nieco zbyt wolno, zbyt masywnie i ciężko, przez co momentami traciły swój taneczny charakter.
Niemniej cały koncert okazał się fantastyczny, a słysząc soczyste tutti otwierające Symfonię nr 104 trudno było mieć wątpliwości, że na estradzie gra jedna z najlepszych orkiestr świata. O ile pierwsza część koncertu była znakomita, o tyle w drugiej Wiedeńczycy przeszli samych siebie. Nie jest to przecież dla nich muzyka trudna technicznie, ale w ich graniu było tyle subtelnych odcieni, finezji, barw, energii i zaangażowania, że trudno było nie ulec entuzjazmowi wobec tak wysokiej jakości muzykowania. Znając wcześniejsze nagrania Mutiego, nie spodziewałem się, że jego Haydn zrobi na mnie aż tak pozytywne wrażenie. Oczekiwałem interpretacji pięknej, ale raczej zachowawczej. Tymczasem dostałem wysmakowaną, pełną radości zabawę z materią, czujnie nadzorowaną przez starego, lecz wciąż pełnego energii mistrza.
foto. Todd Rosenberg
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
