Dwa wiedeńskie koncerty New York Philharmonic Orchestra wieńczą europejską trasę koncertową zespołu. Objęła ona w sumie dziesięć występów w Paryżu, Barcelonie, Madrycie, Berlinie, Hamburgu i w Wiedniu. Dyrygował Gustavo Dudamel, który od tego sezonu obejmuje też obowiązki szefa artystycznego orkiestry. Wenezuelczyk podąża więc śladami takich postaci jak Mahler, Toscanini, Rodzinski czy Bernstein. Poprzednim dyrektorem orkiestry był Jaap van Zweden, ale jego krótkie rządy były raczej nisko oceniane. Krytykowano go za powierzchowność i brak wglądu, z czym jestem w stanie się zgodzić. Z tego, co słyszałem, zatrudnienie Dudamela ma odwrócić ten trend i przywrócić orkiestrze właściwą jej rangę. Jeśli o moje doświadczenia z Nowojorczykami chodzi, to słyszałem ich do tej pory tylko raz, w Warszawie w maju 2007, kiedy poprowadził ich Lorin Maazel. W programie znalazł się wówczas Koncert d-moll Brahmsa (partię solową grał Ax), a potem Rapsodia hiszpańska Ravela i suita z Ognistego ptaka Strawińskiego. Na bis zagrali wtedy jeden z Tańców słowiańskich Dvořáka i I Taniec węgierski Brahmsa, co było dla mnie osobiście bardzo uderzające, bo dobrze pamiętam, że chodził mi tamtego dnia po głowie przez cały dzień… jeszcze przed koncertem!
W Wiedniu pierwszym utworem w programie były Imágenes Mestizas (co można przełożyć jako Obrazy metyskie). Autorką tej kompozycji jest pochodząca z Kuby Tanii León. Dudamel i Nowojorczycy prawykonali to dzieło pod koniec września, a teraz przedstawiają je szerszej publiczności. Jest to na pewno utwór napisany sprawnie, ze znajomością orkiestry, a przy tym przystępny. Znać że powstał, aby się podobać i trudno doszukiwać się w nim jakichś bardziej awangardowych efektów. Problem leży gdzie indziej. Jest to bowiem dzieło dość paradoksalne – jednocześnie pstrokate i mdłe, pozbawione wyrazistej dramaturgii czy temperamentu. Orkiestra nie miała tu za bardzo co pokazać. Kończy się też niewyraźnie – nagłym decrescendem, na którym cała rzecz się urywa. Kompozycja sprawia wrażenie szkicu, luźno rzuconego na papier i w zasadzie nie doprowadzonego do końca. Wątpię, aby w przyszłości ktoś o tym utworze pamiętał i do niego wracał.
No a w drugiej części było to, co tygryski lubią najbardziej, czyli Piąta Mahlera. Słyszałem ją już pod batutą Dudamela w Berlinie, ale nie byłem jego wykonaniem zachwycony. Tym razem było bardzo podobnie. Orkiestra reprezentuje bez wątpienia bardzo wysoki poziom, jest zdyscyplinowana i zaangażowana. Kwintet dość chłodny pod względem ekspresji, ale świetny artykulacyjnie, wyrazista, pełna blacha (z drobnymi wpadkami intonacyjnymi trąbki w pierwszym ogniwie), drewno bardzo dobre, perkusja zaskakująco mało wyrazista i często zwyczajnie słabo słyszalna. Jeśli chodzi o koncepcję Dudamela, to nie była ona specjalnie odkrywcza. Prowadził muzykę w dość żywym tempie i bez jakichś większych ekscesów, wyłączając może kilka manierycznych zwolnień w trzech ostatnich ogniwach. Ale było to jednocześnie granie i dyrygowanie dość bezpieczne, bez emocjonalnej jazdy po bandzie. Technicznie świetne, dopracowane i zniuansowane, ale jednocześnie powierzchowne. Była to Piąta potraktowana jak etiuda na orkiestrę. Mało było tam retoryki czy poczucia, że muzyka o czymś opowiada albo dokądś podąża. Adagietto grane w tej estetyce wypadło dość dobrze, nie było nazbyt sentymentalne, ale wolę jednak, kiedy brzmienie kwintetu jest bardziej ekspresyjne. Nie była to jednak porywająca kreacja na miarę wykonania London Symphony Orchestra pod batutą Pappano, które słyszałem w Pradze. Do tego poziomu muzycznego storytellingu było Dudamelowi bardzo daleko.
foto. Dany Clinch
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
