Riccardo Muti, Mitsuko Uchida & Wiener Philharmoniker w Musikverein

Program, który podczas koncertów z Wiener Philharmoniker wybrali do wykonania Riccardo Muti i Mitsuko Uchida był mocno zachowawczy. Znalazły się w nim dwa dzieła znane i lubiane, oba w tonacjach durowych, które ta orkiestra byłaby zapewne w stanie zagrać we śnie. Muti miał już na początku października cykl koncertów, podczas których poprowadził Wiedeńczyków w Ósmej Brucknera, ale odpuściłem sobie ją, mając jeszcze w pamięci jego niezbyt udaną interpretację Siódmej.

W pierwszej części znalazł się IV Koncert fortepianowy G-dur Beethovena. Uchida ma w swoim dorobku fonograficznym bardzo udaną realizację tego dzieła z Kurtem Sanderlingiem i Concertgebouw Orchestra. Jej sobotnie wykonanie było jednak inne. Zniuansowane, poetyckie, w pewnym sensie też kruche i bardzo delikatne, przepojone melancholią. Podobała mi się barwność jej gry, rubata i naturalność koncepcji, a także operowanie czasem. Pozwalała sobie na arcydelikatne zawieszenia, które przydawały temu wykonaniu refleksyjności. Akompaniament Wiedeńczyków natomiast nie zachwycił. Był dość ciężki, a ataki orkiestry były miękkie i jednocześnie ciężkie, jak surowe ciasto wylewające się z miski. Trzeba też przyznać, że było to ciasto bardzo kaloryczne, co dało się we znaki zwłaszcza w ogniwie drugim. Można było docenić barwność i luksusową jakość gry, ale już nie chwilowe braki napięcia. Partia orkiestrowa została potraktowana zachowawczo. Nie była oczywiście zła, ale nie była też ani szczególnie zajmująca, ani odkrywcza. Jednak Beethoven słabo znosi topienie go w gęstym romantycznym sosie. Uchodziło to w czasach Stokowskiego, ale dziś już mocno trąci myszką.

Muti w drugiej połowie koncertu poprowadził Drugą Brahmsa, którą swego czasu nagrał z Philadelphia Orchestra dla Philipsa. Ale jego cykl symfonii tego kompozytora nie jest jakoś szczególnie znany i ceniony, a przynajmniej ja nie natknąłem się na niego przeglądając listy polecanych albumów. O ile się orientuję nie jest też obecnie dostępny w sprzedaży, a chcąc go poznać trzeba polować na używane egzemplarze (albo zdać się na internet). Nie spodziewałem się więc może zbyt wiele, ale Muti w sumie pozytywnie mnie zaskoczył. Z jednym wszakże zastrzeżeniem – trzeba takiego dość masywnego, romantycznego i wysokokalorycznego Brahmsa lubić. Ja osobiście nie mam z tym problemu, tym bardziej że akurat ta orkiestra ma piękne tradycje w wykonywaniu jego muzyki. Ma ją w repertuarze od zawsze i od zawsze cieszy się ona uznaniem, inaczej niż Bruckner i Mahler. Ich muzyka była w Wiedniu pogardzana, a Wiedeńczycy łaskawie przyjęli ją dopiero wtedy, kiedy na dobre zaczęła być popularna, a jej wykonania zaczęły przyciągać publiczność. Wracając do Mutiego – jego podejście było bardzo podobne do tego, co pokazał wcześniej w Beethovenie. Tam to nie pasowało, tutaj – jak najbardziej. Piękny, barwny i nieco oleisty kwintet, doskonałe drzewo, ciepła, nasycona blacha, potężna, majestatyczna kulminacja na koniec, finezja w wykańczaniu detali: było czego słuchać, było czym się delektować.

 

foto. Dieter Nagl/Wiener Philharmoniker

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.