Berlioz i Symfonia fantastyczna – część czwarta

Witajcie w czwartej części przewodnika po nagraniach Symfonii fantastycznej Hectora Berlioza. W ostatnim wpisie przyjrzeliśmy się nagraniom dyrygentów francuskich, dzisiaj zaś mam dla Was nagrania kilku dyrygentów niemieckich – Hermanna Scherchena, Otto Klemperera i Felixa Weingartnera, a także nagrania Stanisława Skrowaczewskiego i Lorina Maazela.

61ElYJjS0YL._SL1200_

 

 

 

 

 

 

Hermann Scherchena miał obsesję na punkcie klarowności brzmienia i artykulacji, i to oczywiście rzuca się w uszy, jednak to, co najbardziej zwraca uwagę – to niezwykła rozpiętość temp i dynamiki. Część pierwsza rozpoczyna się w tempie largo, jednak nawet jak na to oznaczenie – tempo Scherchena jest NIEZWYKLE powolne:

 

Pomimo tego pojawienie się idée fixe i nagłe przejście na allegro robi wrażenie niestabilnie przygotowanego. Samo allegro jest wściekle szybkie, ale przy tym świetnie zagrane i wciągające. Jednak interpretacyjne interwencje Scherchena nie zawsze wydają się uzasadnione – np. przed ostatnim powrotem idée fixe Berlioz zaznaczył ritardando, które dyrygent całkowicie zignorował. Z punktu widzenia dramaturgii dzieła – nie ma to większego sensu:

 

Zapamiętały jest walc, chyba najbardziej ostry i agresywny z tych, które słyszałem:

 

Część trzecia stanowi ogromny kontrast w stosunku do pierwszych dwóch – jest bardzo powolna, momentami ckliwa. Nie lubię, kiedy Scena wśród pól zbytnio się wlecze i muszę przyznać, że Scherchen wystawił moją cierpliwość na ciężką próbę. Posłuchajcie fragmentu, który wcześniej umieściłem w interpretacji Muncha:

 

Dopiero pojawienie się idée fixe sprawia, że muzyka nabiera rozmachu, ale tylko na moment – poza tym muzyka jest prowokacyjnie wręcz rozlazła. Marsz to kompletnie inna bajka – tempo jest zawrotne, a muzyka na powrót ostra i agresywna. Nawet przy idée fixe Scherchen nie zwalnia, a kilka ostatnich akordów zagranych jest mocno, pewnie i bez zbędnego przeciągania:

 

Sabat rozpoczyna się bardzo powoli, momentami jest niemal prowokacyjnie ślamazarny i pokraczny. Posłuchajcie tylko parodii motywu ukochanej:

 

Duże wrażenie robi nagłe przyspieszenie, kiedy rozpoczyna się rondo. Później zresztą tempo systematycznie przyspiesza, a pod koniec jest naprawdę zawrotne:

 

Pomimo tego zróżnicowania – interpretacja niemieckiego dyrygenta nie zdołała mnie porwać. Jest zbyt wykoncypowana, pełna zbędnych, przerysowanych kontrastów. Nie ma tu chyba taktu, w którym Scherchen by nie namieszał, zamiast pozwolić muzyce swobodnie płynąć. Drażni niezbyt dobry, ostry dźwięk i podbite, jaskrawe wysokie tony. Ogółem – tylko dla koneserów.

Hermanna Scherchena, London Symphony Orchestra, 1953, I – 13:25, II – 6:15, III – 17:21, IV – 3:48, V – 10:39 [51:48], Tahra

 

51ffPiQz4eL

Kompletnie odmienną kreację stworzył inny niemiecki dyrygent – Otto Klemperer. Scherchen postawił na ostrość, Klemperer – na ton miękki, nasycony i masywny. Rzekłbym wręcz – niedźwiedziowaty. Taki dźwięk bardzo pasuje do Brahmsa, jest wręcz idealny do Brucknera, świetny do Mahlera i do Richarda Straussa, ale do Berlioza?… Jest boleśnie wręcz nieadekwatny. Jeśli dodać do tego bardzo powolne tempa i tendencję Klemperera do wygładzania ostrości i akcentów – to otrzymamy interpretację płaską emocjonalnie, teoretycznie przejrzystą i intelektualną, jak zawsze u Klemperera, ale to po prostu nie TO. I nie pomoże ani świetna jakość dźwięku ani rewelacyjna gra orkiestry – ta Fantastyczna jest po prostu nudna! Posłuchajcie jednej z kulminacji w pierwszej części:

 

W drugiej części Klemperer, podobnie jak wcześniej Martinon, skorzystał z wersji z kornetem, jednakże instrument nie jest zbyt dobrze słyszalny:

 

Szczytem wszystkiego jest część trzecia, która wlecze się wprost niemiłosiernie. Akordy orkiestry są lekkie i wdzięczne jak grzmotnięcia maczugi:

 

Nawet Marsz odarty jest ze wszelkiej energii. Kulminacje brzmią letargicznie i ani na moment nie podnoszą napięcia:

 

Jedynym miejscem, w którym dzieje się coś ciekawego, jest Sabat. Sarkastyczne poczucie humoru Berlioza najwyraźniej odpowiadało Klempererowi i nawet jeśli i tu brak energii – to przynajmniej wynagrodzi to rewelacyjna gra drewna i blachy. Posłuchajcie raz jeszcze parodii motywu ukochanej:

 

Mam też dla Was zakończenie, powolne, niezgrabne i przeciągnięte:

 

Otto Klemperer, New Philharmonia Orchestra, 1963, I – 16:17 (R), II – 6:41, III – 18:10, IV – 5:06, V – 10:49 [57:08], Warner

 

41BW7HGWBRL

 

 

 

 

 

Bardzo obiecująco rozpoczyna się drugie nagranie Stanisława Skrowaczewskiego – powoli, delikatnie, z dużym wyczuciem barwy. Przejście do ekspozycji jest bardzo dobrze przygotowane, a idée fixe zaprezentowana w tęskny sposób:

 

Dalej akcja płynie wartko, a Skrowaczewski ukazuje tu predylekcję do wydobywania z faktury środkowych głosów, które często giną w innych rejestracjach. To tak, jakby dyrygenta bardziej interesowała architektonika tej muzyki niż to, co wyraża. Jak kto lubi takie „mózgowe” wykonania, to mu to przeszkadzać nie będzie. Miałem opory, żeby przyzwyczaić się do cienkiego brzmienia orkiestry. Dźwięk jest stanowczo zbyt sterylny. Nie przyzwyczaiłem się do niego do końca. Skrowaczewski wiernie podąża za partyturą Berlioza – nie wydziwia i nie szokuje na siłę, stawia za to cały czas na klarowność. A jest w tej interpretacji wiele wigoru i energii – wystarczy posłuchać walca:

 

czy sposobu, w jaki po chwili zawahania z orkiestry wyłania się idée fixe w trzeciej części. Również burza wypada bardzo dobrze, a w zawołaniach rożka angielskiego jest wiele dramatyzmu:

 

Pomimo tego… czegoś w tym nagraniu brak. Tej iskry, która każe słuchać z zapartym tchem. Marsz również jest dobrze zbalansowany, ale brakuje mu charakteru:

 

Sabatem też teoretycznie wszystko jest w porządku. Dobre glissanda drewna na początku:

 

Świetne są solówki klarnetów C i Es w parodii idee fixe, w kulminacjach jest dużo energii, ale nadal brakowało mi tej iskry, tego ulotnego „czegoś”, co sprawia, że ma się dreszcze na plecach i chce się do takiej rejestracji wracać. Czy to wina Skrowaczewskiego? Nie, podchodzi o dzieła Berlioza bardzo starannie i z dużą dbałością o szczegóły. Prędzej winiłbym niezbyt obytą z idiomem muzyki francuskiej orkiestrę i ekipę, która całość nagrała. Z żalem piszę te słowa, bo mam ogromny szacunek do Skrowaczewskiego i do jego nagrań. Ciekaw jestem, jak wypadło jego pierwsze nagranie Fantastycznej, z LSO z 1989 roku. Do tego niestety nie mam ochoty wracać.

Stanisław Skrowaczewski, Saarbrücken Radio Symphony Orchestra, 2002, I – 14:11, II – 6:17, III – 16:31, IV – 5:03, V – 10:24 [52:25], Oehms

 

71WrFjsfE8L._SL1200_

 

 

 

 

 

Braku doświadczenia z jakimkolwiek repertuarem nie sposób zarzucić Wiener Philharmoniker, a to właśnie z tą orkiestrą nagrał Fantastyczną Lorin Maazel podczas festiwalu w Salzburgu na początku lat 60. Całość rozpoczyna się opieszale, nawet fragmenty oznaczone animato prezentowane są w powolnym tempie:

 

Później jednak dyrygent systematycznie przyspiesza, przygotowując na wybuch emocji w głównej sekcji tej części. Gra orkiestry jest znakomita, Maazel trzyma wartkie tempo akcji, ale pomimo tego miałem wrażenie, że jego interpretacja jest chłodna. Nic w tym przecie złego, chwaliłem już tu wcześniej interpretacje Martinona i Bouleza. Tym bardziej, że Maazel łączy ów chłód z wartkimi tempami i stanowczą, ostrą grą orkiestry i przywiązaniem wielkiej wagi do artykulacji i dynamiki. Również jego rubata są znakomite! Posłuchajcie sami:

 

Bardzo szybki i napięty jest walc, a pomimo tak szybkiego tempa Maazel znajduje czas, aby osłodzić uszy słuchaczy odrobiną staromodnego vibrato:

 

Świetnie wypada dialog rożka angielskiego z obojem i ostre wejścia smyczków na początku następnej części:

 

Zresztą poziom napięcia jest tu dość wysoki i bardzo miły mym uszom. Tempo nie jest zbyt szybkie, ale nawet pomimo tego Maazel dobrze wie, co zrobić z muzyką, aby wywierała jak największe wrażenie. Dwie ostatnie części mają niesamowitego kopa, a ataki instrumentów są ostre i gwałtowne, zwłaszcza z partii drewna Maazel wyciąga ciekawe rzeczy. Posłuchajcie fragmentu Marsza:

 

Świetna parodia Dies irae, zagrana chrapliwym, brzydkim dźwiękiem. Końcówka Sabatu i ostatnie wejście Dies irae to prawdziwe pandemonium, zagrane bezkompromisowo i na pełnych obrotach. Efekt jest gorączkowy, histeryczny i absolutnie porywający:

 

Niestety nie znajdziecie tego nagrania ani na Youtube ani na Spotify.

Lorin Maazel, Wiener Philharmoniker, 1963, I – 12:46, II – 5:40, III – 16:24, IV – 4:13, V – 8:50 [48:43], Orfeo

 

51Kk9PvRp6LNajwcześniejszym nagraniem, do jakiego udało mi się dotrzeć, jest rejestracja Felixa Weingartnera z London Symphony Orchestra, drugie kompletne nagranie tego utworu. Prawdę mówiąc, obawiałem się tego słuchać. Raz, że dźwięk – pewnie nie za dobry, dwa, że Weingartner, za którego nagraniami nie przepadam. Dźwięk jest adekwatny do wieku, ale nie jest najgorzej – orkiestra brzmi naturalnie, przestrzennie, a barwy słychać wcale dobrze. Mile zaskoczył mnie też Weingartner – obawiałem się czegoś à la Klemperer – ociężałego i masywnego. Tymczasem dyrygent jest w swoim podejściu bardzo francuski – interpretacja jest mało sentymentalna i przejrzysta, momentami nawet oschła i lakoniczna. Intrygująco brzmi staromodne portamento w smyczkach, przypominając, że to nagranie z kompletnie innej epoki. Pomimo tego Weingartnerowi bliżej jest do Monteuxa niż do Frieda, a są nawet części, które prowadzi szybciej niż jego francuski kolega. Posłuchamy jednej z kulminacji w pierwszej części:

 

Rozpoczyna też drugą część identycznie jak Paray, z podobną ostrością zaznaczając tremolanda w smyczkach:

 

Zarówno tej części, jak i pozostałych bardzo dobrze się słucha. Weingartner nie ociąga się i przedstawia Fantastyczną w rześki sposób. Posłuchajcie ostro zaakcentowanej rytmiki w trzeciej części:

 

Dźwięk chyba najbardziej daje się we znaki w Marszu – kulminacje wypadają po prostu źle – są zbyt zamazane, żeby dało się wyłowić coś więcej oprócz głównych linii:

 

Totalnie zaskoczył mnie początek Sabatu, zagrany nie larghetto, as it is written, ale presto, z genialną imitacją śmiechu w smyczkach. Bardzo świeży i zaskakujący efekt, chociaż całkowicie sprzeczny z partyturą:

 

Weingartner później wraca do wolniejszego tempa, ale za to podkłada pod dzwony tam-tamy, identycznie jak Fried i Cluytens. Spodziewałem się ramoty, a spotkało mnie pozytywne zaskoczenie.

Felix Weingartner, London Symphony Orchestra, 1925, I – 12:25, II – 6:37, III – 14:41, IV – 4:17, V – 9:10 [47:19], Lys

 

To tyle na dziś. Za tydzień spotkamy się z Danielem Barenboimem, Sir Thomasem Beechamem i Leonardem Bernsteinem. Stay tuned!

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.