Gia Kanczeli i Życie bez Bożego Narodzenia na Nostalgia Festival w Poznaniu

Muzyka Kanczelego jest szalenie charakterystyczna. Zarzuca mu się czasem w środowisku kompozytorskim zbytnią prostotę, bezpośredniość, emocjonalność i, last but not least, liczne flirty z tonalnością. To muzyka o wyraźnym i skrystalizowanym obliczu. Dobrym przykładem stylu Kanczelego jest cykl czterech „modlitw” Life without Christmas (Życie bez Bożego Narodzenia). „Modlitw”, gdyż nie jest to dzieło stricte religijne, nie odnosi się też, paradoksalnie, do żadnej konkretnej religii.
Organizatorzy Nostalgia Festiwal w Poznaniu jako pierwsi wpadli na kapitalny pomysł, aby cały cykl wykonać jednego dnia, w porach jakim poszczególne części tetralogii zostały dedykowane. Mieliśmy więc Morning Prayers o godzinie 8:00, Midday Prayers o 13:00, Evening Prayers o 19:00 i Midnight Prayers o 23:00. Wszystkie koncerty odbyły się w kościele oo. Jezuitów, a dzieło wykonywała Orkiestra Collegium F pod batutą Marcina Sompolińskiego. Zanim jednak przyjrzymy się poszczególnym częściom cyklu i towarzyszącym im wydarzeniom, trzeba zadać sobie podstawowe pytanie – co legło u podstaw dzieła noszącego tak prowokacyjny tytuł?

Gia Kanczeli przyszedł na świat w 1935 roku w Tbilisi. Wyjechał z kraju rodzinnego na początku lat 90., jednak całą młodość i dużą część dorosłego życia spędził w Związku Radzieckim, kraju, którego włodarze mieli do religii i duchowości stosunek jednoznacznie wrogi. Kompozytor pół żartem, pół serio wspominał, że w młodości miał aż dwóch bogów – żywego Stalina i wiecznie żywego Lenina. Dziś takie stwierdzenie budzi śmieszność, ale takie były wówczas realia. Kanczeli wychowywany był systemowo (chociaż nie rodzinnie!) na ateistę, wyrastał w świecie, w którym na duchowość nie było miejsca, prowadził, podobnie jak miliony innych ludzi, życie bez Bożego Narodzenia, na dodatek w skrajnie opresyjnym systemie politycznym. Artysta przyznawał, że w muzyce interesuje go głównie wyrażanie bólu i współodczuwanie (identyczną wypowiedź Dmitrija Szostakowicza znajdziemy w zredagowanym przez Sołomowa Wołkowa Świadectwie). Pomimo że Życie bez Bożego Narodzenia ukończone zostało w pierwszej połowie lat 90., już po wyjeździe Kanczelego na zachód, dzieło jest próbą rozliczenia się z tymi czasami, poradzenia sobie ze zbiorową traumą odartej z duchowości egzystencji. Bo chociaż Boże Narodzenie nie było oficjalnie zakazane, jego obchody były solą w oku komunistycznej władzy, która starała się wszelkimi sposobami obrzydzić obywatelom myśli o transcendencji. To konkretne święto jest zresztą w przypadku tego konkretnego dzieła „tylko” symbolem uniwersalnej duchowości, próbującej znaleźć dla siebie miejsce w ponurym świecie przemocy. Modlitwy Kanczelego są zwodniczo proste i zwodniczo przystępne. To ascetyczna i statyczna muzyka wielkich przestrzeni, ciszy, skupienia, ale i jaskrawych kontrastów. Momenty wyciszenia kontrastują tu z dysonansowymi zagęszczeniami narracji, gwałtownymi wybuchami przypominającymi naturalistyczny krzyk.

Morning Prayers przeznaczone są na kameralny skład – smyczki, flet altowy, gitara basowa, fortepian (na którym gra się zarówno bezpośrednio na strunach, jak i po Bożemu, na klawiaturze) i taśma, z której odtwarzany jest fragment psalmu 130. – De profundis clamavi. Kulminacje nie są wyraźnie zaznaczone, a w pejzażu dźwiękowym dominują stojące brzemienia smyczków.

Część druga, Midday Prayers, jest już znacznie bardziej rozbudowana pod względem obsady. Dochodzi do niej potraktowany solowo klarnet, perkusja (dzwony rurowe, tam-tam, bęben basowy, talerze i dzwonki), jak i nadające brzmieniu mrocznego kolorytu instrumenty dęte: kontrafagot, puzony i tuba. Zwiększona obsada oznacza większy wolumen brzmienia, bardziej wyraziste kulminacje, większy rozmach muzyki. Jednak najbardziej piorunujący i przejmujący fragment tej części następuje po głównej kulminacji, gdy z ambony odzywa się sopran chłopięcy, wykonujący fragment psalmu 22.: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” Jednak już samo zadanie tego pytanie wskazuje kierunek, już samo w sobie jest wyzwalające. Pojawiają się dźwięki dzwonków, które rozświetlają mroczną do tej pory przestrzeń.

Evening Prayers do zespołu dołączył mały, liczący kilkanaście osób, chór. Śpiewał proste melodie, przywodzące na myśl chorał, które zresztą spójnie łączyły się z brzmieniem orkiestry, która podobnie jak w poprzedniej modlitwie, była dość rozbudowana. Owa chorałowość, prostota melodii poruszających się niewielkimi skokami interwałowymi, osiągany dzięki temu zabiegowi archaizm muzyki miał w sobie coś pierwotnego, ponadczasowego i niezwykle poruszającego.

Wykonanie czwartej i ostatniej części cyklu, Midnight Prayers, przyniosło pewien dysonans. Okazało się bowiem, że istnieją dwie wersje tego odcinka – jedna na kwartet smyczkowy i taśmę, oraz druga, w której wykorzystany jest jeszcze saksofon. Publiczność zgromadzona w poznańskim kościele, zachęcona opisem w programie, oczekiwała tej drugiej, a brak saksofonu wprowadzał wśród odbiorców pewne zamieszanie. Jednak sama muzyka Midnight Prayers była niezwykle zajmująca, a redukcja obsady sprawiła, że część ta zdawała się odbiciem pierwszego ogniwa cyklu.

Orkiestra Collegium F poradziła sobie ze swoim zadaniem znakomicie. Zespół grał z wyczuciem i skupieniem niezbędnym w tej muzyce. Zadania nie miał łatwego, kiedy weźmie się pod uwagę, że temperatura w kościele za wysoka (delikatnie rzecz ujmując!) nie była. Marcin Sompoliński poprowadził całość ze skupieniem, podkreślając raczej medytacyjny niż dramatyczny charakter muzyki. Pod względem wykonania nieznacznie słabsze były Midnight Prayers. Łatwo jednak wybaczyć kwartetowi drobne błędy intonacji wynikające ze zmęczenia i wielogodzinnej koncentracji, które zresztą wynagradzało zaangażowanie.

Organizatorzy postarali się, aby wypełnić słuchaczom cały dzień. Po każdym z koncertów (oprócz ostatniego) publiczność mogła wziąć udział w posiłku, posłuchać muzyki na słuchawkach (była to tak zwana Silent Nostalgia), wziąć udział w czytaniu Biblii czy w spotkaniach. Były też projekcje dwóch filmów – The Emigrants w reżyserii Mohamada Abdulziza, oraz film dokumentalny o Kanczelim w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Miało odbyć się również spotkanie z kompozytorem, ale Kanczeli ze względu na stan zdrowia niestety do Poznania nie przyjechał. Szkoda, bo jego nieliczne wypowiedzi w filmie były intrygujące, prowokujące do zadawania kolejnych pytań. Niemniej jednak organizatorom udało się wytworzyć wśród uczestników Życia bez Bożego Narodzenia poczucie wspólnoty, a to przecież największa wartość.

 

fot. Maciej Zakrzewski Foto Teatr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.