Sächsische Staatskapelle Dresden należy do najstarszych orkiestr na świecie. Jej historia sięga połowy XVI wieku – została bowiem założona w 1548 roku. Nie czas i miejsce, by wchodzić w szczegóły jej dziejów, zaznaczę więc jedynie, że wśród artystów stojących na jej czele znajdziemy takie postacie jak Fritz Reiner, Rudolf Kempe, Giuseppe Sinopoli czy Bernard Haitink.
W latach 1975–1985 funkcję szefa zespołu pełnił znakomity kapelmistrz Herbert Blomstedt, który swój pierwszy koncert z tą orkiestrą poprowadził już w kwietniu 1969 roku. Pięćdziesiąt siedem lat później sędziwy artysta (przypomnę – rocznik 1927!) pozostaje nadal aktywny zawodowo. Szczególnie chętnie sięga po symfonie Antona Brucknera. Miałem już szczęście słyszeć w jego wykonaniu Siódmą, Ósmą i Dziewiątą – wszystkie z lipską Gewandhausorchester. Tym razem wybór padł na pogodną V Symfonię B-dur, określaną czasem mianem „Symfonii pizzicato”, gdyż od dźwięków wykonywanych w tej artykulacji rozpoczynają się trzy z czterech jej ogniw.
Staatskapelle Dresden ma repertuar brucknerowski w małym palcu; w jej dorobku fonograficznym znajduje się m.in. znakomity cykl nagrany pod batutą Eugena Jochuma. Dyrygent ten zresztą chętnie dzielił się swoimi przemyśleniami na temat dramaturgii Piątej. Uważał ją za dzieło trudne, wymagające bardzo uważnego stopniowania napięcia, którego prawdziwa kulminacja następuje dopiero pod sam koniec czwartego ogniwa.
Blomstedt ma ogromne doświadczenie w wykonywaniu dzieł Brucknera, nic więc dziwnego, że dramaturgię tego utworu zbudował po mistrzowsku. Solenny, grany z pełną mocą chorał okazał się godnym zwieńczeniem całej opowieści. Nie znaczy to jednak, że to, co działo się wcześniej, było mniej interesujące. Staatskapelle Dresden prezentuje bardzo wysoki poziom, dysponując dźwiękiem wręcz idealnym do grania symfonii Brucknera.
Kwintet smyczkowy brzmiał ciemno, był gęsty i nasycony – znakomicie wypadły zwłaszcza wiolonczele. Podobnie blacha, która w kulminacjach imponowała precyzją i blaskiem, by w odcinkach piano zachwycać finezją. Pięknie zabrzmiało również drzewo, ze szczególnym uwzględnieniem klarnetu otwierającego czwarte ogniwo. Swoje zrobiła też akustyka – wyraźnie lepsza niż w wielu innych teatrach operowych.
Tempa były umiarkowane, a całe wykonanie trwało około 80 minut (czyli kilka minut dłużej niż w interpretacji Jochuma). Blomstedt kształtował jednak narrację w sposób ujmująco naturalny i pełen prostoty. Wykonawcy znakomicie podkreślili rozkołysane, taneczne rytmy quasi-ludowego Scherza, zaś część wolna płynęła niespiesznie, z dużą koncentracją i wewnętrznym spokojem.
Entuzjazm publiczności był ogromny – cała sala niemal natychmiast zerwała się do owacji na stojąco. Wcale się temu nie dziwię. Blomstedt to legenda, a przy tym artysta w Dreźnie niezwykle szanowany. Było to doświadczenie głęboko poruszające, jak zresztą każdy koncert tego dyrygenta. Fakt, że w tym wieku, przy całkowicie naturalnych ograniczeniach fizycznych (artysta porusza się przy balkoniku, a dyryguje na siedząco), wciąż potrafi muzykować – i to na tak wysokim poziomie – robi ogromne wrażenie.
foto. Oliver Killig
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
