Nie słyszałem nigdy na żywo Lang Langa. Jego nagrania też znam dość słabo, a to co słyszałem jakoś mnie nie zachwyciło. Kojarzył mi się z kimś, kto uwielbia gwiazdorzyć i robić wokół siebie szum, co mnie osobiście bardziej odstrasza niż przyciąga. W przypadku solisty moja poprzeczka nie była więc zawieszona wysoko.
Podczas koncertów z Wiener Philharmoniker pod batutą Andrisa Nelsonsa pianista wykonywał III Koncert fortepianowy Béli Bartóka, dzieło późne, napisane już podczas pobytu kompozytora w Stanach, bardziej przystępne niż wiele wcześniejszych jego kompozycje. Nic w tym złego, Węgier był zbyt dobrym kompozytorem aby obniżać loty! Interpretacja Lang Langa pozytywnie mnie zaskoczyła. Zaczął powoli, delikatnie i lirycznie, pokazał też ładną barwę brzmienia. Kiedy trzeba było – był błyskotliwy, a w szybkich i ostrych odcinkach miał wszystko pod kontrolą. Także tam grał barwnie, nie popadając przy tym w zmanierowanie, którego się spodziewałem. Ale trzeba zaznaczyć, że nie jest to asceta w stylu Andsnesa – lubi się podobać i zdarzały mu się efekciarskie wymachy rąk i podrygiwania. Ale było to w granicach normy. A może w czwartek moja wrażliwość się wypaczyła i dziś spodobałoby mi się cokolwiek?
Nelsona prowadził orkiestrę dość ciężko. Co prawda z Wiednia do Budapesztu nie jest daleko i można by pomyśleć, że muzycy lepiej złapią idiom tego kompozytora, ale jak widać jest to jednak odległość znacząca.
W drugiej części koncertu Nelsons poprowadził Pierwszą Mahlera. Słyszałem go już w bardzo dobrej Trzeciej z Boston Symphony Orchestra i w solidnej, ale mało porywającej Piątej z Wiedeńczykami. Samą Pierwszą słyszałem ostatni raz z Danielem Hardingiem i Orkiestrą Akademii św. Cecylii w NOSPRze. Poprzeczka była więc zawieszona bardzo wysoko. Nelsons do niej nie doskoczył. Wiedeńczycy grali pięknie i starannie, co jest normą, ale jednocześnie na estradzie panowało pewne rozluźnienie, że nie powiedzieć bezwład. W interpretacji wyczuwalny był brak napięcia, poza tym brzmiała… rutynowo. Nie było w niej nic odkrywczego. Tak jakby grali to po raz tysięczny i nie spodziewali się już znaleźć w tej muzyce nic nowego. Największym problemem było też to, że w powolnych odcinkach (np. w triu w drugim ogniwie czy w środkowej cząstce marsza) Nelsons zawsze bardzo zwalniał, czule pieszcząc każdą frazę i przeciągając każdy dźwięk. W uczuciowości nie ma nic złego, ale we wszystkim trzeba miary. Wiadomo że tłuszcz poprawia smak i dobrze jest czasem dodać trochę masełka, ale tu było go tyle, że obawiałem się, że po koncercie będę musiał udać się na założenie by passów. Jedynie na sam koniec dyrygent mocno przyspieszył, co było dobrym pomysłem, ale mocno spóźnionym. Już nawet wykonanie Barenboima z Wiedeńczykami, które słyszałem w tej samej sali, było lepsze. Nie wspomnę już o takich rewelacyjnych wykonaniach jak to Manfreda Honecka z Pittsburgh Symphony czy wymieniony już Harding.
Nelsons ewidentnie nie ma ręki do tej muzyki. Jest to swoją drogą osobliwe, bo Szostakowicz generalnie lepiej mu wychodzi, choć w jego muzyce także zdarzają się temu dyrygentowi nietrafione przestoje. Więc może jest to kwestia maniery i jednak mało zróżnicowanego podejścia do repertuaru. Nie każdy jest Bernsteinem czy Tennstedtem, którzy wiedzieli jak stosować tak wyraziste kontrasty, nie gubiąc po drodze celu narracji.
foto. Marco Borggreve
Klasyczna płytoteka powstaje dzięki mojej regularnej pracy. Jeśli masz ochotę ją wesprzeć, zapraszam na profil bloga w serwisie Patronite.pl.
