Michael Tilson Thomas & Czech Philharmonic Orchestra grają Coplanda i Schuberta

Nie jest żadną tajemnicą, że Orkiestra Filharmonii Czeskiej należy do najlepszych zespołów w Europie. W Polsce zespół ten pojawia się okazjonalnie, a ostatni raz wystąpił u nas bodajże w marcu 2017 roku, kiedy w Warszawie zagrał pod batutą Jiříego Bělohlávka. Tym razem jednak postanowiłem wybrać się 10 czerwca do siedziby tej orkiestry, czyli do praskiego Rudolfinum, a dodatkowym pretekstem była obecność na podium dyrygenckim Michaela Tilsona Thomasa. Ten amerykański artysta to niekwestionowany mistrz jeśli chodzi o repertuar XX-wieczny. Jego nagrania muzyki amerykańskiej i późnoromantycznej, w tym rejestracje dzieł Charlesa Ivesa, Aarona Coplanda, Georga Gershwinna czy Gustava Mahlera są doskonale znane kolekcjonerom płyt i zapisały się już w historii fonografii. Był to debiut 77-letniego dyrygenta, który nigdy wcześniej nie prowadził tej orkiestry i który generalnie w Europie pojawia się dość rzadko. W Pradze artysta poprowadził dwa dzieła – Appalachian Spring Coplanda i Symfonię C-dur Wielką Franza Schuberta.
Pierwsze z tych dzieł to ostatni z baletów kowbojskich tego twórcy (pozostałe to Billy the KidRodeo), należący do dzieł kwitowanych czasem jako „populistyczne”. W odróżnieniu od pozostałych dwóch utworów tego gatunku ten jest najbardziej liryczny, najmniej rytmiczny i może przez to najmniej popisowy. Istnieje on w czterech wersjach – pełnej kameralnej, w formie nieco skróconej suity na orkiestrę, w pełnej orkiestrowej i w formie suity na skład kameralny. Tilson Thomas wybrał trzecią z tych opcji, przygotowaną przez kompozytora na prośbę Eugene’a Ormandy’ego. Obawiałem się trochę tego utworu. Obawiałem się, że mnie znudzi i że owa wspomniana już mała popisowość stanie na przeszkodzie w rozkoszowaniu się muzyką. Byłem w błędzie! MTT pokazał nie tylko, że ma tę muzykę w małym palcu, ale też udowodnił, że doskonale ją czuje i wie, jak poprowadzić ją interesująco i z życiem. A jak grała orkiestra? Ciepło, wyraziście i przejrzyście, doskonale cieniując dynamikę i sprawnie podążając za subtelnymi, ale zawsze sugestywnymi wskazówkami dyrygenta. Już aksamitna, gładka i miękka solówka klarnetu rozpoczynająca Wiosnę w Appalachach zdradzała, że nie będzie to zwykły koncert, a wielkie wydarzenie. Także pozostałe instrumenty dęte dały wielki popis pozbawionej ostentacji wirtuozerii. Brzmi to jak oksymoron, ale dokładnie tak było – trudności techniczne zawarte w tej partyturze nie nastręczały orkiestrze żadnych problemów, a muzycy bawili się tym utworem. Blacha była ciepła i krągła, smyczki – kiedy trzeba – ostre i wyraziste, w innych miejscach jedwabiste i ekspresyjne. Na medal spisała się także wyraźnie słyszalna perkusja. Nie było tam ani jednego nudnego taktu, ani jednej nuty zagranej rutynowo. Każda fraza logicznie i naturalnie wynikała z poprzedniej i w taki sam sposób prowadziła do następnej. Była to imponująca, zajmującą i fascynująca interpretacja. Warto też na marginesie wspomnieć, że Copland był uczniem Rubina Goldmarka, który z kolei pobierał nauki u Antonína Dvořáka w czasie pobytu czeskiego kompozytora w USA, gdzie pełnił on funkcję dyrektora nowojorskiego National Conservatory of Music. Copland jest więc w pewnym sensie muzycznym wnukiem Dvořáka, dlatego też wykonanie tego baletu w Pradze było interesującym wyborem i subtelnym nawiązaniem do historii relacji obu krajów.
Dziewiąta Schuberta rozpoczęła się miękkim, delikatnie wykonanym solo waltorni. Pierwsze odcinki tutti były powolne i dość masywne, wszystko jednak zmieniło się z chwilą przejścia do szybkiego tempa. Orkiestra wystrzeliła do przodu i odtąd akcja toczyła się już wartko i z wielką energią. Wszystkie elementy, które tak intrygowały w wykonaniu dzieła Coplanda, tu zostały jeszcze zwielokrotnione. Doskonała gra drewna (cudne solo oboju w drugiej części), przepiękna, ciepła i delikatna blacha, raz ostre jak brzytwa, a raz cudownie rozśpiewane smyczki, soczyste, jędrne i przejrzyste tutti – wszystkie te elementy sprawiały, że słuchało się tego wykonania nie tyle z zainteresowaniem, co niekłamanym zachwytem. Tilson Thomas to dyrygent raczej liryczny, delikatny i pastelowy, dlatego też w muzyce Schuberta wyjątkowo dobrze się odnalazł. Prowadził ją z energią i wielką charyzmą, nigdy jednak nie forsował jej, zamiast tego pozwalał jej swobodnie płynąć i rozwijać się w zupełnie naturalny i spontaniczny sposób. Miał także świetne wyczucie formy utworu, widział gdzie należy delikatnie przyspieszyć, a gdzie zwolnić, tak aby całość zabrzmiała spójnie i sugestywnie. Przepięknie wypadły wyraźnie kontrastujące z zasadniczym materiałem środkowe fragmenty części drugiej i trzeciej. A chociaż nie było w tej interpretacji żadnych wielkich ekscesów, to była absolutnie wciągająca i fascynująca. Po koncercie MTT z wielką skromnością przyznał, że poznawanie dzieła tego kalibru to zadanie na całe życie i że czuje, że nadal poznaje tkwiące w tej muzyce sekrety. Na tak szczere wyznanie może się zdobyć tylko wielkiej klasy artysta, świadomy zarówno swoich ograniczeń, jak i potencjału samego dzieła. Na podium dyrygenckim MTT był bardzo oszczędny w ruchach, skupiony i elegancki, komunikował się z orkiestrą lakonicznymi gestami w stylu lekkich ruchów palców, a ta natychmiast te sygnały podchwytywała i grała dokładnie tak jak trzeba było i jak życzył sobie dyrygent. Sposób cieniowania dynamiki, wyrazistość artykulacji, jędrność brzmienia – wszystkie te elementy składały się na wykonanie absolutnie fascynujące głębią wniknięcia w materię i sprawnością realizacji.
Aby dotrzeć na ten koncert wstałem o 5 rano, spędziłem pół dnia w pociągu, a kiedy po spacerze na Hradczanach dotarłem w końcu do Rudolfinum, to nie byłem, delikatnie mówiąc, zbyt wypoczęty. Ale na tym koncercie zadziała się taka magia, że siedziałem jak na szpilkach, całkowicie zapominając o zmęczeniu. Muzyka była ważniejsza. MTT dał wielki popis klasy, charyzmy i muzykalności, ale trzeba pamiętać, że ten wielki muzyk zmaga się z ciężką chorobą i, jak sam otwarcie przyznaje, nie ma pewności, ile czasu mu pozostało. Tym większy podziw budzi więc to, że nie poddaje się i nadal jest aktywny, a rezultaty jego pracy są tak zachwycające. Byłem też pierwszy raz w Rudolfinum, więc jeszcze słowo o akustyce – jest bardzo naturalna, słychać też, że Orkiestra ma tę salę w małym palcu i gra tak, że tutti nigdy nie jest zbyt masywne i przytłaczające, a piana są lekkie i jednocześnie jędrne i konkretne. Jeśli więc ktoś jeździ po koncertach po Europie i ma jakiekolwiek wątpliwości, czy dodać Pragę do listy częściej niż dotychczas odwiedzanych miejsc, to wątpliwości te rozwiewam. Warto.

foto. Petra Hajská / Česká filharmonie

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.