Riccardo Muti dyryguje Debussym i Beliozem w Musikverein

Poniedziałkowy koncert Riccarda Mutiego z Wiener Philhamoniker składał się w całości z utworów muzyki francuskiej, arcydzieł impresjonizmu i romantyzmu. Daty powstania Nokturnów Claude’a Debussy’ego i Symfonii fantastycznej Hectora Berlioza dzieli równo 70 lat, dzieli styl i sposób myślenia o brzmieniu. Łączy za to barwność, wysmakowanie i niezwykła inwencja w zakresie kolorystyki.

Wykonanie pierwszego z tych dzieł było absolutnie wzorcowe. Nie było w nim słabych punktów. Pierwsze ogniwo poprowadzone zostało przez Mutiego w dość wartkim tempie, co było trafną decyzją, muzyka nie rozpływała się bowiem w nastrojach, płynęła wartko i potoczyście. Smyczki grały praktycznie bez wibracji, dzięki czemu ich dźwięk był cienki i przejrzysty. Na medal spisało się także drewno. Także wykonanie Fêtes nie zawiodło oczekiwań. Była tu wirtuozeria, było bardzo umiejętne stopniowanie napięcia i gra dynamiką. Było to bardzo wyraźnie odczuwalne w środkowym epizodzie, w którym kompozytor nakreślił dźwiękami obraz zbliżającej się z oddali orkiestry, która „przechodzi” obok słuchających i stopniowo oddala się. Muti umiejętnie podkreślił tutaj żywą rytmiczną pulsację w kotłach i harfach. Imponowała cichutka, rytmiczna gra dętych blaszanych, które grając z tłumikami świetnie stworzyły iluzję oddalenia. Syreny były fascynująco zmysłowe – tutaj tempo było już powolne, ale orkiestra nie straciła nic z przejrzystości brzmienia. Intrygowało i przykuwało uwagę przede wszystkim brzmienie smyczków – wszystkie tryle, tremola i tremolanda były doskonale słyszalne. Świetnie spisały się także Damen des Singvereins der Gesellschaft der Musikfreunde in Wien, śpiewające barwnie i z wielką maestrią. Wykonanie Nokturnów pod batutą Mutiego było wielkim przeżyciem!

O ile więc interpretacja tego dzieła mogła zadowolić najbardziej wyszukane gusta, o tyle w wykonaniu Fantastycznej można było znaleźć kilka niezbyt udanych elementów. Część pierwsza – świetna, z doskonale stopniowanym napięciem, ze świetnie oddanym kontrastem pomiędzy poszczególnymi sekcjami, naturalna, ekspresyjna, giętka pod względem tempa, przejrzysta, ale też trochę matowa w tutti. Walc – chyba trochę za wolny, choć frazowany doskonale. Kto jak kto, ale przecież Wiedeńczycy wiedzą jak zagrać walca, nawet jeśli napisał go Francuz! Muti niestety nie wydobył za bardzo harf z brzmienia – były one co prawda słyszalne, ale zostały bardziej wtopione w brzmienie niż z niego wydobyte. Pod koniec – świetnie podkreślone linie melodyczne dętych blaszanych. Muti zdecydował się także na wprowadzenie w tym ogniwie fakultatywnej solówki kornetu. Wolna część trzecia została potraktowana bardzo powoli. Na plus trzeba koniecznie zaliczyć ciepło i ekspresyjność brzmienia, ale ja chyba inaczej pojmuję to ogniwo. Dla mnie to nie jest żaden przerywnik. To część tak samo dramatyczna i pełna napięcia jak pozostałe ogniwa, i z tego też powodu lubię, kiedy jest prowadzona szybciej, tak jak w nagraniach Frieda, Monteuxa czy Muncha. Dwie ostatnie części to już zupełnie bezwstydny popis orkiestrowej wirtuozerii. Marsz – świetny, żywy, drapieżny i dynamiczny. Ale jego zakończenie było za wolne, zbyt patetyczne. Sabat czarownic – w całości genialny, od pierwszego do ostatniego dźwięku. Parsknięcia blachy, jęki klarnetów, bicie dzwonów za estradą, tuby gromko wygrywające Dies irae, łupnięcia kotłów i bębna basowego, momentami celowo szpetna gra smyczków, ich szeleszczące col legno, wreszcie idealnie dobrane tempa i dynamika – wszystkie te elementy razem wzięte dały mieszankę prawdziwie wybuchową, niezwykle ekscytującą, ale też trafną i przemyślaną. Nie jestem za to do końca pewien czy granie powtórek w części pierwszej i czwartej ma sens. Ani z muzycznego, ani tym bardziej z dramaturgicznego punktu widzenia nie są one zbyt uzasadnione.

Był to wielki popis maestrii Riccarda Mutiego, maestrii w znakomitym stylu, dojrzałej i świadomej. Poziom wyczucia temp, dynamiki i kolorystyki, cieniowania i stopniowania rozmaitych ich elementów, był do głębi fascynujący i wciągający. Włoski dyrygent, choć w tym roku kończy już 81 lat, jest żwawy i energiczny, a orkiestra natychmiast żywo reaguje na najlżejszy nawet jego gest. Można powiedzieć, że jest wręcz inkarnacją autorytetu. Długa, frenetyczna owacja na koniec koncertu była w pełni zasłużona!

foto. Terry Linke / Wiener Philharmoniker

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.