Riccardo Muti i Rudolf Buchbinder w Musikverein

Program piątkowego koncertu w wiedeńskim Musikverein był ciekawy i zróżnicowany pod względem stylistyki. W pierwszej części publiczność usłyszała V Koncert fortepianowy Es-dur Cesarski Ludwiga van Beethovena, a w drugiej zaś suitę z baletu Pocałunek wieszczki Igora Strawińskiego i poemat symfoniczny Pinie rzymskie Ottorina Respighiego. Solistą w pierwszym utworze był Rudolf Buchbinder, dyrygował Riccardo Muti, grali Wiedeńczycy. Czy można chcieć więcej?

Można, albowiem interpretacja utworu Beethovena była dość osobliwa. Zdominowała ją flegmatyczna i niezbyt ciekawa osobowość Buchbindera, któremu choleryczny Muti wymykał się jak tylko mógł. Fragmenty tutti były krągłe, soczyste i momentami nawet wybuchowe, ale całość sprawiała jednak anachroniczne wrażenie i nie wychodziła poza poprawność. Wykonanie partii solowej przez pianistę było solidne i nie można by tej interpretacji w zasadzie nic zarzucić. Nic poza tym, że nie wychodziła ani na jotę poza to, co zapisane w nutach. Nie inspirowała ani nie porywała niczym szczególnym. Solista pokazał ładne wyczucie barwy w części pierwszej, we fragmentach granych w wysokim rejestrze w cichej dynamice i w wolnym tempie, ale to tyle. Także w akompaniamencie pod batutą Mutiego nie dało się usłyszeć nic nowego. Wszystko było na swoim miejscu, zagrane pięknie, wygładzone i dopieszczone do granic możliwości. To był taki pluszowy, miękki, wygodny w słuchaniu i nie budzący kontrowersji Beethoven, do którego wiedeńska publiczność najwyraźniej przywykła. Pomimo długiej i entuzjastycznej owacji Buchbinder nie nagrodził (albo nie ukarał, co kto woli) publiczności bisem. Rezultat współpracy pianisty i dyrygenta bardziej zbliżony był do tego, co można usłyszeć na starym nagraniu Goulda i Stokowskiego niż Levina i Gardinera.

Druga część koncertu należała już wyłącznie do włoskiego dyrygenta. Gdybym miał zgadywać jego wiek na podstawie zachowania na podium, szybkości reakcji i ogólnej żywotności, to w życiu nie wpadłbym na to, że Muti ma już 78 lat. Jest w istocie artystą obdarzonym dużą charyzmą. Można by spróbować może oskarżyć go o efekciarstwo, jednak zarzut ten rozbija się o obserwację, że każdy ruch dyrygenta ma swoje natychmiastowe odzwierciedlenie w uważnej grze orkiestry. Mutiemu to autokrata, a jego zachowanie w stosunku do muzyków Wiener Philharmoniker tylko to potwierdza. Nie widziałem jeszcze nigdy wcześniej dyrygenta, który by po zakończeniu utworu protekcjonalnie poklepywał po policzku grających dla niego, starszych bądź co bądź, muzyków. „Independent” nazwał go kiedyś „potworem z Mediolanu” (link TUTAJ), a określenie to raczej nie wzięło się z powietrza.

Wiedeńczycy zagrali Pocałunek wieszczki zjawiskowo, a Muti pilnował, aby wydobyć z tej dowcipnej kompozycji wszystkie jej zalety. Szczególnie dobrze wypadły solówki wiolonczeli i harfy, a muzycy grający na tych instrumentach otrzymali szczególnie intensywną porcję oklasków. Instrumentaliści potrzebni do wykonania Pinii rzymskich dołączyli do orkiestry już w trakcie braw, co miało swoje uzasadnienie w dramaturgii koncertu. Muti rozpoczął bowiem ten utwór ignorując zwyczajową przerwę. Jeszcze w trakcie braw po prostu wskoczył na podium i dał znak do rozpoczęcia najbardziej fascynującego, barwnego i żywego wykonania tego utworu, jakie do tej pory słyszałem na żywo. Muti znakomicie podkreślił odrębny charakter każdej z czterech części utworu. Nie było w tym wykonaniu praktycznie żadnych słabych elementów, całość można by nagrać i od razu wydać na CD. Może za słabo jedynie słyszalne były nuty pedałowe organów i nawoływania umieszczonych na balkonie buccin (za co Muti nieco na wyrost przeprosił publiczność podczas króciutkiej przemowy po koncercie). Oprócz tego wyczucie tempa, barwy i charakteru muzyki było bezbłędne. Część pierwsza, Pinie przy Villa Borghese, była zabawna, nie za szybka, co pomogło podkreślić dziecięcy charakter muzyki. Świetna była blacha i smyczki w Piniach przy katakumbach, a także wiolonczele w zmysłowych Piniach przy Janiculum. Pinie przy Via Appia, obraz pochodu rzymskiej armii, Muti potraktował w nieco wolnym tempie, ale rozkład napięć i dynamiki był tak udany, nie można traktować tego jako zarzutu. Nic dziwnego, że publiczność zareagowała na to wykonanie owacją tak długą, frenetyczną i entuzjastyczną.

 

foto. Dieter Nagl/Musikverein

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.