Estoński kompozytor Eduard Tubin (1905-1982) jest twórcą w Polsce w zasadzie nieznanym. Do pewnego momentu był zresztą w ogóle mało popularny, a artystą, który wprowadził go na arenę międzynarodową i silnie go promował, był (a w zasadzie nadal jest) Neeme Järvi. Krajan kompozytora jest postacią absolutnie fundamentalną dla popularyzacji muzyki tego kraju, a szczególnie twórczości Tubina. Dla wielu słuchaczy to jego nagrania były pierwszym kontaktem z dziełami tego twórcy. Można wręcz powiedzieć, że dzięki inicjatywnie i pracy Järviego dzieła kompozytora zaistniały w międzynarodowym obiegu fonograficznym. Cykl symfonii Tubina nagrany przez Järviego dla firmy BIS Records w latach 80. był jednym z najważniejszych projektów fonograficznych związanych z muzyką estońską i szerzej: repertuarem zza dawnej żelaznej kurtyny. To nie były tylko „kolejne płyty”, tylko wprowadzenie tej muzyki do światowego obiegu. Pomimo tych zabiegów Tubin nadal jednak pozostaje twórcą stosunkowo mało znanym poza krajami bałtyckimi i środowiskiem ludzi naprawdę zainteresowanych muzyką ubiegłego stulecia. Przyszedł na świat w wiosce Torila, położonej nad jeziorem Pejpus. Chronologicznie rzecz biorąc należał do tego samego pokolenia co Grażyna Bacewicz, Witold Lutosławski, Roman Palester, Andrzej Panufnik, Michał Spisak czy Dmitrij Szostakowicz. Kształcił się w Tartu pod kierunkiem Heino Ellera, który uczył później także Arvo Pärta. Duży wpływ na jego muzykę wywarły spotkania z Bélą Bartókiem i Zoltánem Kodálym, którzy zwrócili jego uwagę na muzykę ludową. W 1944 roku Tubin uciekł przed Armią Czerwoną do Szwecji i pozostał tam aż do końca życia. Estonię odwiedził dopiero w 1961 roku. Poznał wówczas młodego, 24-letniego Neeme Järviego, który w 1967 roku prawykonał w Tallinie jego VIII Symfonię. Jego los był zresztą podobny do losów naszych emigrantów – Palestra, Panufnika czy Spisaka. Nie był obecny w ojczyźnie, więc jego muzyka stopniowo znikała z tamtejszego życia koncertowego. Z kolei w Szwecji pozostawał emigrantem próbującym odnaleźć swoje miejsce.
Trzon jego dorobku kompozytorskiego stanowi cykl dziesięciu symfonii (Tubin pisał też Jedenastą, ale nie zdołał jej ukończyć). Są to zgrabne, zwarte i niedługie (trwają od 22 do 30 minut) kompozycje, które zajmują łącznie 5 krążków i uzupełnione zostały dwoma innymi dziełami orkiestrowymi.
CD 1
Zaczynamy po bożemu, od ukończonej w 1934 roku I Symfonii c-moll. Znajdziemy tu elementy, które obecne będą także w wielu innych dziełach tego gatunku, napisanych przez Tubina. Jest tu już lubiana przez niego trzyczęściowa forma, a także przejrzystość faktury i obecność rozbudowanych partii solowych, tu przeznaczonych na skrzypce, altówkę i wiolonczelę. Ale także dęte drewniane mają tu liczne solówki. Pierwsze ogniwo utrzymane jest w szybkim tempie, ale część zasadniczą poprzedza powolny wstęp. Ogniwo drugie to Allegretto moderato, a także trzecie utrzymane jest w umiarkowanym tempie, choć to muzyka pełna napięcia, która kończy się jednak triumfalną apoteozą z potężnymi uderzeniami tam-tamu. To muzyka dramatyczna, pełna energii, pisana pewną ręką przez kogoś, kto pomimo braku doświadczenia i młodego wieku umiał wyrażać się jasno i konkretnie. Po trzech wykonaniach w latach 30. i 40. dzieło popadło w zapomnienie, które przełamał dopiero Järvi, wykonując tę znakomitą kompozycję w 1986 roku.
V Symfonia h-moll powstała w 1946 roku i była pierwszą symfonią ukończoną przez Tubina w Szwecji. To także jest dzieło trzyczęściowe, a dwie części szybkie otaczają w nim ogniwo utrzymane w umiarkowanym tempie. Komentatorzy podkreślali związek tej muzyki z dramatycznymi wydarzeniami wojennymi, a zwłaszcza z inwazją sowiecką i utratą niepodległości. Dzieło miałoby być wyrazem protestu i jednocześnie prowadzić do jasnego, zwycięskiego finału, będącego wyrazem nadziei. Kompozytor odcinał się od wszelkich programowych komentarzy, ale przylgnęły one do tego dzieła. Duże wrażenie robi świetna orkiestracja, a także żywy, komunikatywny wyraz tej muzyki. Tubin świetnie stosował krótkie, lakoniczne motywy, które następnie pomysłowo przetwarzał. Drugie ogniwo pełne jest smutku, a lamentacyjna melodia przechodzi przez poszczególne grupy instrumentów ponad akompaniamentem pizzicato smyczków. Także finał zawiera bardzo charakterystyczny pomysł – materiał tej części wyłania się pomału ponad cichymi figuracjami smyczków w wysokim rejestrze. Pod koniec tego ogniwa słychać hymniczny, pełen smutku temat grany przez smyczki. Później Tubin buduje na jego motywie triumfalną kulminację z potężnięjącymi uderzeniami w kotły. Całość kończy się majestatycznym durowym akordem.
CD 2
Drugi krążek otwiera II Symfonia Legendarna, ukończona w 1938 roku. Ponownie jest to kompozycja trzyczęściowa, ponownie znajdziemy tu też rozbudowane partie solowe, tym razem skrzypiec i altówki. Tytuł budził zainteresowanie wczesnych komentatorów, ale twórca studził entuzjazm interpretatorów, wyjaśniając, że jego nowe dzieło nie ma żadnego programu. Tytuł miał być tylko luźną sugestią. Sama muzyka jest niezwykle zajmująca, świetnie instrumentowana, o klarownie zarysowanej narracji i przejrzystej fakturze. Część druga ma charakter marsza żałobnego z motywem Dies irae. Ciekawy jest finał oznaczony jako quasi toccata, z charakterystycznym ostinato granym przez fortepian. Są tam później fragmenty porywające, żywe, niezwykle komunikatywne, jak choćby szybki marsz z potężnymi uderzeniami kotłów, kończący się potężnymi uderzeniami tam-tamu. Muzyka przekształca się następnie w duet skrzypiec i fortepianu. Podobnie jak przy Pierwszej, także tutaj jasnym jest, że słucha się muzyki kogoś, kto od samego początku potrafił wyrażać się bardzo jasno.
Z trzech ogniw składa się także Szósta, ukończona w 1954 roku. Dzieło przeznaczone jest na duży skład, a rozbudowane partie solowe przeznaczone są tym razem na fortepian i saksofon. Dużo tu perkusji, a twórca eksponuje także ostrą, wyrazistą rytmikę. Drugie ogniwo jest wyjątkowo ostre, a momentami nawet brutalne, stanowi przy tym pokaz orkiestrowej wirtuozerii. Uroczysty finał utrzymany jest w formie wariacji. Komentatorzy dopatrywali się w tym dziele wpływów Rosjan – Prokofiewa i Szostakowicza. To słuszne uwagi, ale ich wpływy są dobrze przetworzone – taka muzyka nie pasowałaby do stylu żadnego z nich.
CD 3
Zaczynamy od ukończonej w 1942 roku III Symfonii d-moll, która ponownie składa się z trzech ogniw o nietypowym układzie części: wolna – szybka – wolna. Dzieło powstało w mocno nieciekawym okresie w historii Estonii, która od niedawna znajdowała się pod radziecką okupacją. Tallińskie prawykonanie w lutym 1943 było demonstracją entuzjazmu wobec dzieła rodzimego twórcy, a komentatorzy upatrywali w tym dziele wyrazu oporu wobec okupanta i nadziei na zwycięską walkę. Rzeczywiście, nie brak tu patosu i heroicznych akcentów, ale także fragmentów bardziej refleksyjnych. Druga część jest ostra, wyrazista i dramatyczna. W odcinku środkowym odzywa się tęskne solo skrzypiec. Zakończenie nieco pompatyczne, zgodne z zasadą per aspera ad astra. To trochę muzyka pisana ku pokrzepieniu serc, ale znając kontekst, wcale to nie dziwi. Poza tym to dobra muzyka.
VIII Symfonia z 1966 roku była tą, której prawykonanie poprowadził Neeme Järvi. To dzieło zwarte, tym razem czteroczęściowe, bez rozbudowanych solówek, o wyraźnie refleksyjnym charakterze. Części wolne otaczają tu dwa ogniwa utrzymane w szybkich tempach. To dość lakoniczne dzieło, ale słucha się go dobrze. Intrygujące, powoli wygasające, niepokojące zakończenie. Słuchając go miałem ciarki na plecach.
CD 4
IV Symfonia A-dur Sinfonia lirica dotrwała do naszych czasów niemal cudem. Tubin ukończył ją w 1943 roku, już w Szwecji, po czym wysłał partyturę i głosy do Tallina. Tam rękopis trafił do sejfu znajdującego się na czwartym piętrze jednego z teatrów. Traf chciał, że budynek został zbombardowany przez sowietów, chcących wyprzeć stamtąd Niemców. Teatr ogarnęły płomienie, a sejf spadł aż do piwnicy. Wyjątkowym zbiegiem okoliczności po jego otwarciu okazało się, że partytura jest jedynie lekko okopcona (szkoda, że Morawski nie miał takiego sejfu!). Sama muzyka jest zaskakująco lekka jak na czas powstania. Zwraca uwagę brawurowa, pełna energii część szybka z charakterystycznym rytmem punktowanym. Budowa symfonii nie jest tym razem szczególnie ekstrawagancka – mamy tu 4 zgrabne ogniwa, ale sama muzyka ma w sobie dużo wyrazu i jest bardzo atrakcyjna. Piękne jest zwłaszcza solo skrzypiec w trzeciej części. Finał żywy, niemal frywolny, pod koniec zaś triumfalny. Tubin wrócił do tego dzieła w 1978 roku i mocno je zrewidował, argumentując, że musiał je nieco przyciąć.
W IX Symfonii Sinfonia semplice wracamy do ciekawych eksperymentów formalnych. Ta kompozycja z 1969 roku składa się bowiem z dwóch ogniw, a oba utrzymane są w wolnych tempach. To piękne dzieło, pełne melancholii i zadumy, ale w żadnym razie nie ponure. Świetnie się go słucha.
Płytę kończy motoryczna, pełna energii i rozmachu Toccata z 1937 roku. Wielu kompozytorów pisało tego typu dzieła (choćby Szabelski), więc dzieło Tubina zgrabnie wpisuje się w nurt neoklasyczny. Choć nie wiem, czy nie przydałoby się jednak w wykonaniu tego dzieła więcej dynamizmu.
CD 5
Na pierwszy ogień idzie tu VII Symfonia z 1958 roku, ponownie trzyczęściowa, gdzie dwie części szybkie otaczają funeralne ogniwo wolne z pięknym, ekspresyjnym śpiewem smyczków. To dość lakoniczne dzieło, ale, ponownie, bardzo wciągające, o konkretnej, jasno zarysowanej dramaturgii. Finał to intrygujący, nieco złowieszczy, motoryczny marsz, z porywającym zakończeniem.
Tubin żartował na temat swojej Dziesiątej, że zawiera tylko jedną część, gdyż pisząc ją spieszył się, chcąc zdążyć z realizacją zamówienia. O wiele ciekawszy jest fakt, że to dzieło (podobnie jak Siódma Sibeliusa) jest przykładem na integrację formy. To muzyka, w której wiele się dzieje. Nie można narzekać na nudę.
Uzupełnieniem tej kolekcji jest suita z baletu Kratt (Goblin), skompilowana w 1961 roku na podstawie baletu z 1943 roku, opartego na tematach ludowych. To muzyka barwna, dowcipna, doskonale wpisująca się stylistycznie w to, co działo się też w muzyce polskiej czy węgierskiej. Słuchając tej kompozycji myślałem o dziełach takich jak Obrazy węgierskie Béli Bartóka, Pieśń o ziemi i Taniec z Osmołody Palestra, Chmiel Stanisława Wiechowicza czy stylizacjach tanecznych Zoltána Kodálya.
Niezwykle zajmująca kolekcja. Muzyka, której świetnie się słucha! Wyraźnie słychać, że Eduard Tubin miał swój własny głos. Wiedział co i jak chce powiedzieć i potrafił to ująć lakonicznie, ale i trafnie. Jego muzyka jest przystępna, przejrzysta, orkiestrował barwnie i z wyczuciem. Słychać tam co prawda wpływy choćby Szostakowicza, ale nigdy nie przesłaniają one jego własnego głosu. Ten jest z kolei zakorzeniony w stylu neoklasycznym, może nieco podobnym do tego reprezentowanego przez Bacewicz. Cykl pod batutą Neeme Järviego był pierwszym kompletnym nagraniem symfonii Tubina i choć od tego czasu ukazały się także inne interpretacje, to właśnie ten box pozostaje punktem odniesienia dla wszystkich kolejnych. Bardzo gorąco polecam!
Eduard Tubin
The Symphonies
I Symfonia c-moll
II Symfonia Legendarna
III Symfonia
IV Symfonia A-dur Sinfonia lirica**
V Symfonia h-moll*
VI Symfonia
VII Symfonia***
VIII Symfonia
IX Symfonia Sinfonia semplice***
X Symfonia***
Toccata na orkiestrę***
Kratt*
Swedish Radio Symphony Orchestra
Bamberg Symphony Orchestra*
Bergen Philharmonic Orchestra**
Gothenburg Symphony Orchestra***
Neeme Järvi – dyrygent
BIS
Podoba Ci się to co robię? Chcesz wesprzeć moją pracę? Odwiedź profil Klasycznej płytoteki w serwisie Patronie.pl
