Antoni Wit dyryguje Skorykiem, Noskowskim, Bartókiem i Kilarem w Filharmonii Krakowskiej

Antoni Wit najzupełniej słusznie cieszy się opinią jednego z najlepszych aktywnych zawodowo polskich dyrygentów. Pojawia się na estradach koncertowych dość regularnie, choć obecnie nie występuje już aż tak często jak kiedyś. Jego koncerty pomału przechodzą do kategorii wydarzeń specjalnych, tak jak niegdyś występy Semkowa czy Skrowaczewskiego. Tak też było w Krakowie, gdzie w filharmonii na Zwierzynieckiej występ Wita uświetnił jubileusz 150-lecia V Liceum Ogólnokształcącego im. A. Witkowskiego.

Koncert rozpoczęło wykonanie Melodii Myroslava Skoryka, krótkiego dzieła pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do dramatu wojennego Wysokyj perewał z 1982 roku. Kompozycję tę zaczęto grać po napaści Rosji na Ukrainę, stała się ona niejako muzycznym symbolem solidarności z naszymi sąsiadami. Słyszałem ją na żywo po raz pierwszy. Wykonana była dobrze – ekspresyjnie, dźwiękiem ciepłym i miękkim.

Kolejnym dziełem w programie była II Symfonia c-moll Elegijna Zygmunta Noskowskiego. Utworu tego nie gra się zbyt często, a za jego bodajże jedyne nagranie odpowiada Łukasz Borowicz. Jego twórca należał do tego samego pokolenia co Grieg czy Dvořák, nie osiągnął jednak takiej sławy jak oni. W historii zapisał się bardziej jako pedagog niż kompozytor – kształcili się u niego praktycznie wszyscy najważniejsi polscy kompozytorzy – Karłowicz, Morawski, Różycki i Szymanowski. Znamienne jest jednak to, że artyści nastawieni bardziej awangardowo wyrażali się o nim raczej z pogardą i niechęcią, oskarżali go nawet o rzucanie im kłód pod nogi, w gorących słowach chwalili go za to ci, których ocenia się jako tych skromniej obdarzonych talentem. Wykonana po raz pierwszy w 1879 roku Elegijna jasno pokazuje dlaczego tak było. To dzieło eklektyczne, będące świadectwem czasów, w których powstało, jednak jakichś nowych czy rewolucyjnych wartości nie przedstawia. Jest przyjemne w odbiorze, melodyjne, nieco patetyczne w wyrazie, dobrze instrumentowane  (brzmienie ubarwia flet piccolo i trójkąt) i w sumie przyjemne w odbiorze. Należy do kompozycji pisanych „ku pokrzepieniu serc”, stąd też w części szybkiej rytmy krakowiaka, a w finale (zatytułowanym Per aspera ad astra) zaszyfrowany cytat z Mazurka Dąbrowskiego. Dzieło to zabrzmiało pod batutą Wita przejrzyście i potoczyście, orkiestra grała z zaangażowaniem, precyzyjnie i barwnie. Także balans pomiędzy grupami instrumentów był zasadniczo dobry, dziwił wszakże dźwięk tuby, która zamiast pozostawać gdzieś w tle to rycząc donośnie wypychała się na drugi plan, a czasem i o pierwszy zahaczała. Ogólnie rzecz biorąc było to jednak wykonanie satysfakcjonujące i naturalne. Wyobrażam sobie, że łatwo byłoby w tego typu dziele popaść w nadmierny patos, a Witowi udało się tego uniknąć.

Solistą w III Koncercie fortepianowym Béli Bartóka był Marcin Koziak, pianista urodzony w 1989 roku. Jego wykonanie było czytelne i naturalne, choć nie nazwałbym go porywającym. Dobrze odnalazł się w marzycielskiej części pierwszej, z jej zaskakująco jak na tego kompozytora łagodnym i lirycznym głównym tematem, w migotliwym nokturnie i w żywiołowym finale. Było kilka momentów w których czuł się niezbyt pewnie i chował się wówczas za brzmieniem orkiestry. To zresztą utwór napisany przez Bartóka po wyjeździe do Stanów, kiedy uprościł nieco język muzyczny w poszukiwaniu nowych odbiorców i nowych zamówień. Interesująco, barwnie i przejrzyście brzmiała też orkiestra, z której Wit wydobywał interesujące efekty kolorystyczne, w które obfituje muzyka tego twórcy. Odwrócenie kolejności wykonywanych utworów (najpierw symfonia, a potem koncert) mogło się wydawać pozbawione sensu, jednak nabierało go w zestawieniu z ciężarem gatunkowym tych kompozycji – dzieło Bartóka jest po prostu o niebo lepsze od utworu Noskowskiego.

Koncert byłby bardzo udany, gdyby na tym się zakończył. W programie figurowało jednak jeszcze jedno dzieło – Krzesany Wojciecha Kilara. I o ile króciutka Melodia Skoryka w zasadzie zagrała się sama, o ile względnie rzadko grane dzieła Noskowskiego i Bartóka zostały przez wykonawców opracowane starannie, o tyle stylizacja góralskiego tańca została chyba uznana za pewnik i być może w czasie prób niezbyt dobrze przećwiczona. Inaczej nie umiem wytłumaczyć sobie tego, co działo się w tym wykonaniu. Otworzyły je ciężkie, masywne i porażająco nierówne bezwładne akordy, w których nie było ani napięcia ani energii. Także później raził brak precyzji, zamazanie detali i planów narracyjnych, a także niestaranność frazowania. Może to kwestia dyrygowania – wszystkimi poprzednimi dziełami Wit dyrygował z batutą, ruchami oszczędnymi i jasnymi, tutaj zaś kierował orkiestrą bez pałeczki, dużo bardziej nastawiając się na zrobienie show. Da się Krzesanego grać wolno i z napięciem – dowiedli tego w swoich interpretacjach Rowicki i Krenz. Tutaj jednak ewidentnie czegoś brakowało, podobnie jak brakowało mi tego „czegoś” w nagraniu Wita dla Naxosu. Pełne napięcia pauzy zostały podczas koncertu przez dyrygenta zignorowane, a wielkie fale dźwięku przewalały się bezwładnie i bez poczucia celu. Było to traumatyczne doświadczenie. Do wykonania zaangażowano także młodzież (w sumie 20 osób) ze wspomnianego powyżej liceum, która miała robić hałas w zakończeniu utworu. Pech chciał, że napięcie związane z czekaniem na wykonanie tej partii okazało się zbyt silne dla jednego z chłopców, któremu zrobiło się słabo i którego musiano najpierw położyć na podłodze, a następnie wyprowadzić z sali. To także nie pozostało bez wpływu na koncentrację wszystkich obecnych (nie wyłączając publiczności), później jednak stała się rzecz zaskakująca, wykonanie nabrało bowiem rumieńców, a muzycy zgrali się ze sobą i razem z Witem doprowadzili do kulminacji tyleż ogłuszającej (dawno nie słyszałem orkiestry grającej tak głośno!) co porywającej. Wyjaśnienie tej zagadki znaleźć można w jednej z wypowiedzi samego Kilara, który stwierdził że „Krzesany ma tę zaletę, że broni się przed złymi wykonaniami. Nie mogą mu one wiele zaszkodzić, bo posiada coś w rodzaju wieloobwodowego systemu zabezpieczeń jak w samochodach czy samolotach: jeden efekt zawiedzie, to zaraz mamy następny”.  W kontekście tego wykonania było to stwierdzenie w 100% trafne!

Nie był to więc koncert zły, a przynajmniej nie w całości. Imponowała energia i forma intelektualna dyrygenta, który 3/4 koncertu poprowadził z pamięci, a z partytury skorzystał jedynie w Bartóku.

 

foto. Juliusz Multarzyński

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.