I Symfonia Gawriiła Popowa

Niektórzy kompozytorzy mają w życiu nieprawdopodobnego wprost pecha. Za reprezentatywną posłużyć może historia życia i twórczości Gawriiła Popowa (1904-1972), rosyjskiego twórcy należącego do tej samej generacji co Dmitrij Szostakowicz. Ten ostatni jest nam wszystkim doskonale znany, ale nazwisko jego starszego o kilka lat kolegi jest prawie całkowicie zapomniane. Obaj artyści znali się zresztą, ukończyli klasy kompozycji u tych samych pedagogów w petersburskim konserwatorium. Grali dwie z czterech solowych partii fortepianowych podczas pierwszego rosyjskiego wykonania Wesela Igora Strawińskiego, lubili też grywać przeznaczony na dwa fortepiany Koncert Es-dur Wolfganga Amadeusa Mozarta. Obaj twórcy zwrócili też na siebie uwagę Siergieja Prokofiewa podczas jego pobytu w ZSRR w 1927 roku. Autor Miłości do trzech pomarańczy zapamiętał dwie z przedstawionych mu prac młodych kompozytorów – Sonatę fortepianową Szostakowicza i Septet Popowa, który zasługuje na zdecydowanie większą popularność.

Szostakowicz jako symfonik debiutował wcześniej, bo już w 1926 roku jego I Symfonia f-moll doczekała się publicznej prezentacji w Leningradzie. Popow pracował nad swoją Pierwszą dużo wolniej niż jego młodszy kolega. Pracę nad symfonią rozpoczął w 1929 roku, a ukończył ją dopiero w 1934 roku. Dzieło doczekało się prezentacji rok później, w marcu 1935 roku, kiedy wykonano je w Leningradzie pod batutą Fritza Stiedry’ego (notabene niegdysiejszego asystenta Gustava Mahlera w Operze Wiedeńskiej). Symfonia Popowa jeszcze przed wykonaniem zachwyciła Szostakowicza, który właśnie na niej wzorował  swoją Czwartą. Jednak Popow miał niesamowitego pecha. Jego radykalna i odważna I Symfonia już dzień po prawykonaniu objęta została zakazem wykonywania, a cenzorzy wpadli w histerię, oskarżając kompozytora o… wrogość ideologiczną w stosunku do komunizmu. Wspierany przez Szostakowicza Popow dwoił się i troił, aby znieść idiotyczne rozporządzenie. Chociaż interwencja przyniosły skutek i po miesiącu intensywnych zabiegów zakaz uchylono, to Pierwszej nie wykonano już za życia jej twórcy. Rok później podobny atak spotkał Szostakowicza za jego operę Lady Makbet mceńskiego powiatu, a zdesperowany kompozytor zmuszony był wycofać przygotowywaną do prawykonania IV Symfonię. Następny atak spotkał obu kompozytorów (i nie tylko ich zresztą) w 1948 roku, kiedy uznano, że nie stosują się do zaleceń socrealizmu z wymaganą przez partyjną wierchuszkę pokorą. O ile jednak Szostakowicz umiał odnaleźć się w grze z władzą, o tyle Popow nie miał tyle hartu ducha. Nigdy już nie stworzył dzieła na miarę swojej Pierwszej, a słuchanie jego późniejszych kompozycji pozostawia dość przykre wrażenie, kiedy weźmie się pod uwagę, z jakiego kalibru twórcą mogliśmy mieć potencjalnie do czynienia. Sytuację skomplikował alkoholizm kompozytora, a na skutek ataków twórca zdecydował się pójść na ustępstwa wobec władzy.

Trwająca mniej więcej 45 minut I Symfonia Popowa pomyślana została w nietypowy sposób. Utwór składa się z trzech części:

  1. Allegro energico
  2. Largo con moto e molto cantabile
  3. Finale: Scherzo e Coda. Prestissimo

Szukanie jakichś porównań i analogii do tego dzieła jest zadaniem trudnym. Można wynajdować skojarzenia z dziełami Prokofiewa, z Odlewnią stali Mosołowa, z Czwartą Szostakowicza czy z innymi, równie radykalnymi kompozycjami. To muzyka ostra, gwałtowna i kanciasta, a pierwsze zetknięcie z nią to uderzenie dzikiej, dysonującej i oszałamiająco witalnej masy dźwięku. To bezkompromisowa kompozycja, w której autor nie waha się eksponować sekcji blachy i perkusji. Znać tu także pewność w podejściu do orkiestry, co potwierdza mocny, gwałtowny inicjalny motyw. Aczkolwiek przy pierwszym słuchaniu dzieła narracja może wydać się meandryczna i trudna do ogarnięcia z powodu skomplikowanej polifonicznej faktury, to przy bliższym poznaniu Symfonia staje się dziełem logicznym i świetnie skonstruowanym. Gęsta faktura i ostre brzmienia nie są zresztą jedynymi obliczami muzyki Popowa. Cała druga część jest liryczna, a lapidarny cyrkowy finał przechodzi w ekstatyczną kulminację, w której, jeśli mnie słuch nie myli, kompozytor cytuje Poemat ekstazy Aleksandra Skriabina. Słuchanie tego utworu na żywo to doświadczenie przeszywająco intensywne, emocjonalnie niesamowicie angażujące, ale warte wysiłku. Po raz pierwszy słuchałem tego utworu pod batutą Andrzeja Borejki w NOSPR (pisałem o tym TUTAJ). Intensywność tego doświadczenia pamiętam do tej pory. Niestety, Pierwszą Popowa grywa się niezwykle rzadko, co przekłada się też na niewielką liczbę nagrań. Nie nagrał jej żaden Stokowski ani Reiner, ani żaden z wielkich rosyjskich dyrygentów promujących twórczość Szostakowicza, jak Mrawiński czy Kondraszyn. Miło byłoby usłyszeć kiedyś to dzieło pod batutą jakiegoś Nelsonsa tudzież Currentzisa i może pewnego dnia właśnie takiej rejestracji się doczekamy.

Najłatwiej dostępnym nagraniem Pierwszej Popowa jest to pod batutą Leona Bosteina. Potencjalnego odbiorcę może także przyciągnąć nazwa zespołu, dzieło bowiem gra tu London Symphony Orchestra. Jednak mądrzy ludzie mawiają, że nie wszystko złoto co się świeci i zasada ta sprawdza się w przypadku tego albumu. W zdecydowanej mierze jest to wina powolnych temp zastosowanych przez dyrygenta, który rozwałkował ten utwór do prawie 50 minut. Zdecydowanie nie wychodzi mu to na dobre, osłabia motoryczność rytmiki, sprawia, że całość wlecze się i pęka w szwach. Narracji brak potoczystości i dzikiej energii, z którą grają rosyjskie orkiestry w rejestracjach tego dzieła. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że LSO to pierwszoligowy zespół, ale być może zaważył tu fakt słabej znajomości partytury, a także brak charyzmy prowadzącego. Nawet pierwszy odsłuch tego nagrania pozostawia uczucie niedosytu, wrażenie, że całość mogła zabrzmieć zdecydowanie bardziej wyraziście i… nie tak ładnie, bo nie o to w tej muzyce chodzi. Tak cała rzecz się rozpoczyna:

To kulminacja w lirycznej części drugiej, która jest stanowczo zbyt rozwlekła:

A to już samo zakończenie Symfonii:

Zdecydowanie najłatwiej tę płytę dostać, ale warto też poszperać dłużej i poszukać innych nagrań tego niezwykłego utworu.

Leon Botstein, London Symphony Orchestra, 2004, I – 23:35, II – 16:32, III – 9:15 [49:52], Teldec

 

Nie posunę się do stwierdzenia, że Moscow State Symphony Orchestra jest najlepszą orkiestrą świata. Na tej samej zasadzie nie mogę powiedzieć, że kierujący nią Giennadij Prowatorow jest tak samo rozpoznawalnym dyrygentem jak Mrawiński, Kondraszyn czy Barszaj. Jednak jest w rejestracji tej właśnie orkiestry pod batutą tego dyrygenta jakieś trudne do ubrania w słowa poczucie, że wszyscy tu doskonale wiedzą o co chodzi, że mają tę muzykę we krwi i doskonale wiedzą, co z nią zrobić i jak wydobyć jej zalety. Dźwięk jest charakterystyczny dla rosyjskich orkiestr: niekiedy brutalny, dziki, nie za piękny, ostry, wyrazisty, z mocno zaznaczonym brzmieniem sekcji blachy, która bez skrępowania wybija się tu często na pierwszy plan. Prowatorow prowadzi Symfonię Popowa z życiem, pewnie, w wartkich tempach, dbając o wyrazistą rytmiczną pulsację i o ostrą, zadziorną artykulację. Nic się tu nie dłuży i nie przeciąga. To wykonanie jest zresztą aż o 8 minut szybsze niż to pod batutą Botsteina. To czuć i to naprawdę robi różnicę in plus. Słychać to zarówno w mięsistych odcinkach tutti w pierwszej części, w płynącej wartko kantylenie w Largo, jak też w cyrkowym finale.
Pierwsza część rozpoczyna się mocnym, wyrazistym gestem, po którym napięcie jedynie wzrasta:

Także kulminacja w części drugiej jest mocna i ostra:

W trzeciej części oprócz przebojowej, wyrazistej blachy i szybkiego tempa wrażenie robi także świetnie wydobyta z faktury partia ksylofonu:

Album zawiera także napisaną w 1943 roku II Symfonię Popowa, jednak słuchanie tego dzieła po Pierwszej to wielkie rozczarowanie, dzieło to bowiem jest miałkie i niczym się nie wyróżnia.

Giennadij Prowatorow, Moscow State Symphony Orchestra, 1989, I – 21:02, II – 13:37, III – 7:34 [42:25], Olympia

 

Bardzo podobne wrażenie wywiera nagranie z udziałem St. Petersburg State Academic Symphony Orchestra pod batutą raczej mało znanego i mało rozpoznawalnego Alexandra Titova. Jednak także ten kapelmistrz był w stanie wykrzesać ze swojego zespołu mnóstwo energii. Tempa są nieznacznie szybsze niż w rejestracji Prowatorowa, a gra orkiestry wyrazista i nawet bardziej przejrzysta niż w przypadku poprzedniego nagrania. Nie jest to brzmienie tak gęste i zbite jak w przypadku nagrania moskiewskiej orkiestry. Szybsze tempa także liczę na plus, napięcie nigdy tu bowiem nie opada,  a nagrania słucha się z zainteresowaniem i satysfakcją. Także jakość dźwięku jest bardzo dobra, a inżynierowie wespół z wykonawcami zrobili dobrą robotę, wydobywając tu mnogość detali, która czyni słuchanie jeszcze bardziej zajmującym. Dzieje się tak również w miejscach orkiestrowanych gęsto, głośnych i pełnych rozmachu. Jest też także w tej interpretacji coś, co łączy ją z uprzednio wymienionym nagraniem: poczucie, że muzycy dobrze czują to dzieło, że wiedzą, dokąd muzyka podąża i dlaczego. To stanowi o wartości tego nagrania.
Różnice pomiędzy tym a innymi nagraniami ujawniają się już na samym początku:

Kulminacja w drugiej części jest satysfakcjonująca, przejrzysta i potoczysta:

To samo tyczy się zakończenia. Może i ksylofon nie jest tak wyraźnie słyszalny jak u Prowatorowa, ale dzięki temu balans pomiędzy grupami instrumentów jest bardziej naturalny:

Alexander Titov, St. Petersburg State Academic Symphony Orchestra, I – 20:10, II – 13:29, III – 7:52 [41:31], Northern Flowers

Szkoda że nagrań tego utworu jest tak mało i szkoda że ten świetny kompozytor jest tak mało znany. Jednak miejmy nadzieję że z czasem rejestracji będzie więcej, a o Pierwszej Popowa zrobi się chociaż nieco głośniej. To dzieło zdecydowanie na to zasługuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.