VI Symfonia „Dolarowa” Kurta Atterberga – część pierwsza

Do tej pory zawsze pisałem o utworach które dobrze znałem. Nie dość, że dobrze je znałem, to zawsze miałem dostęp do partytur, więc mogłem sprawdzić, jak moje odczucia mają się do tego, co zapisał kompozytor. Tym razem jednak postąpiłem całkowicie wbrew temu schematowi. Wziąłem bowiem na warsztat VI Symfonię C-dur op. 31 Kurta Atterberga, tzw. Symfonię dolarową. Jak piszę się o dziele, które zna się słabo? Jak w ogóle ocenić różnicę pomiędzy poszczególnymi wykonaniami bez dostępu do partytury? Powiem Wam, że to niezła i inspirująca przygoda 😉 Wiecie, co zostaje słuchaczowi w głowie po jednokrotnym, pierwszym wysłuchaniu półgodzinnej symfonii? Nic, oprócz bardzo ogólnych wrażeń. Może w ostateczności uda się zapamiętać jakiś szczególny fragment którejś części.

Obiecywałem Wam Atterberga od dawna, jednak zupełnie słusznie możecie mnie zapytać, dlaczego padło akurat na VI Symfonię i dlaczego to jej postanowiłem przyjrzeć się bliżej? Odpowiedź jest prosta – szybki rekonesans wykazał, spośród dziewięciu symfonii tego kompozytora ta ma najwięcej nagrań. Kiedy zacząłem wgłębiać się w zagadnienie okazało się, że nagrań jest jeszcze więcej niż początkowo sądziłem, ale nie wszystkie ukazały się na CD. Jeśli chodzi o te niedostępne nagrania – nie wiem nic o tym pod batutą Lennarta Hedwalla, mało o tym Normana del Mara, więc trudno mi oceniać, czy są ciekawe i warte uwagi. Intryguje obecność świetnego polskiego dyrygenta Pawła Kleckiego wśród dyrygentów, którzy nagrali dzieło Atterberga, ale jego interpretacja niestety również nie była mi dostępna. Nie jest to też pierwszy raz, kiedy muzyka szwedzkiego kompozytora trafia na łamy Klasycznej Płytoteki – pisałem już o jego muzyce na smyczki (link TUTAJ) i o komplecie wszystkich dziewięciu symfonii (link TUTAJ).

Zanim jednak opowiem Wam o samym utworze, kilka słów o niemniej ciekawej historii samego utworu i jego nieoficjalnej ksywy – Dollar Symphony. Otóż w 1927 roku Columbia Record Company postanowiła zorganizować konkurs upamiętniający przypadającą w przyszłym roku 100. rocznicę śmierci Franza Schuberta. W zamyśle twórców 1928 International Columbia Graphophone Competition było konkursem na dokończenie pozostającej w dwóch częściach VIII Symfonii h-moll Schuberta, znanej jako Niedokończona. Później organizatorzy ciągle zmieniali zdanie na temat formuły konkursu. Doszli bowiem do wniosku, że do konkursu zgłaszać można dzieła oryginalne, ale reprezentujące „romantycznego ducha muzyki Schuberta”. Z tego też powodu konkurs został całkowicie zignorowany przez awangardę, chociaż do eliminacji konkursowych stanęła w szranki oszałamiająca liczba 513 kompozytorów. Wśród jurorów oceniających utwory w poszczególnych krajach znaleźli się m.in. Karol Szymanowski, Sir Thomas Beecham, Ottorino Respighi i Maurice Ravel.

Właściwe obrady konkursowe miały miejsce w Wiedniu pod koniec czerwca 1928 roku. Jedenastoosobowe jury pracujące pod przewodnictwem Aleksandra Głazunowa miało do dyspozycji 30 partytur. Wypada w tym miejscu wspomnieć, że wśród jurorów znajdowały się takie postacie jak Emil Młynarski, Guido Adler, Carl Nielsen czy Walter Damrosch. Wysoko w jurorskich rankingach plasowały się dwa utwory – III Symfonia Franza Schmidta i Sinfonia polskiego kompozytora Czesława Marka. Ostatecznie dwa ostatnie utwory otrzymały „zaszczytne wzmianki” w oświadczeniu wydanym przez jury, a główną nagrodę (obejmującą nagranie utworu i 10 000 dolarów, od czego symfonia wzięła swój podtytuł) otrzymał Atterberg. Nie obyło się bez kontrowersji – część krytyki uznała Symfonię na utwór słaby. Oliwy do ognia dolał sam kompozytor, który oświadczył, że symfonię napisał częściowo z potrzeby serca, a częściowo – dla żartu. W prasie natychmiast pojawiły się nagłówki w stylu Żart szwedzkiego kompozytora czy Symfoniczna mistyfikacja za 2 000 funtów (była to równowartość 10 000 dolarów, a symfonię wykonano po raz pierwszy w Manchesterze w listopadzie tego roku pod batutą Hamiltona Harty’ego). Columbia, która wypuściła nagranie tego utworu, nie była oczywiście tym zamieszaniem zadowolona, ale pomimo tych kontrowersji (a może właśnie dzięki nim) album sprzedawał się bardzo dobrze. Na całym świecie sprzedało się 100 000 kopii – musicie przyznać, że to imponujący wynik. Atterberg odpowiedział na zarzuty na łamach prasy, stwierdzając, że napisał finał, żeby zakpić z ludzi, którzy pozują na wielkich koneserów muzyki Schuberta, a tak naprawdę nic nie wiedzą o jego muzyce. A kiedy krytycy oskarżyli go o wykorzystanie w ostatniej części swojej Symfonii fragmentów z Symfonii fantastycznej Berlioza, Atterberg odparował, że owszem, jest tak cytat, ale z ostatniej części Kwintetu C-dur Schuberta! Panowie krytycy sami nie raczyli tego zauważyć i dowiedli tym samym, że wcześniejsze kąśliwe uwagi kompozytora były słuszne.

Przejdźmy jednak do samej muzyki zobaczmy, o co tak naprawdę się rozchodzi. VI Symfonia C-dur op. 31 Atterberga składa się z trzech części:

  1. Moderato
  2. Adagio
  3. Vivace

Główny ciężar narracji spoczywa na pierwszej części, oscylującej pomiędzy lirycznymi, śpiewnymi tematami drewna, przywodzącymi na myśl Sibeliusa, a burzliwymi, pełnymi patosu wybuchami, które momentami brzmią jak żywcem wyjęte z soundtracku jakiegoś filmu. Nie myślcie sobie, że pisząc tak, krytykuję Atterberga, bo nawet jeśli jego Szósta brzmi jak muzyka filmowa, to taka w najlepszym guście. W drugiej części na słuchacza czeka jeszcze więcej śpiewnych tematów w wykonaniu sekcji drewna, jeśli więc miałbym się doszukiwać jakichś inspiracji muzyką Schuberta – to właśnie w tej części, w jej intymnym i ciepłym wyrazie. Kompletnie odmienny w wyrazie jest finał – pełen ironii, drwiny, cyrkowych gagów i poczucia humoru. Zwraca uwagę barwna orkiestracja, żonglowanie przez kompozytora jaskrawymi efektami w skrajnych rejestrach, a także rozmaitymi zabiegami artykulacyjnymi. Odnajdziemy tu więc płynność prowadzenia melodii, jak i fragmenty o ostrej i wyrazistej rytmice. Jeśli więc w pierwszej części Atterberg zarysowuje konflikty w wyrazisty sposób, w drugiej poluźnia i spowalnia narrację, to w trzeciej pokazuje słuchaczom język niby straussowski Dyl Sowizdrzał. Trochę to przypomina Sibeliusa, czasem Mahlera, a w bardziej ostrych zwrotach w ostatniej części da się wyczuć klimat podobny do utworów Prokofiewa. Przejdźmy do nagrań.

Swoją przygodę z VI Symfonią Atterberga rozpocząłem od nagrania bliżej mi wcześniej nieznanego Stiga Westerberga, ucznia polskiego dyrygenta Pawła Kleckiego. Ten szwedzki dyrygent był przez większość swojego zawodowego życia związany ze Sveriges Radios Symfoniorkester (Szwedzką Orkiestrą Radiową) i to właśnie z nią nagrał dzieło Atterberga. Niewiele wiem o tej rejestracji. Znalazłem ją na Youtube, a pomimo poszukiwań nie udało mi się ustalić, z którego roku pochodzi ani czy kiedykolwiek trafiła na CD. Sądząc po jakości dźwięku – to raczej nagranie analogowe, ale pewności w tym względzie nie mam. Jak już wcześniej wspominałem, poznawanie utworu to długi i dość żmudny proces, opierający się na powtarzaniu dzieła do momentu, w którym zaczniemy kojarzyć, co i gdzie się dzieje. Powiem Wam, że z Szóstą Atterberga poszło całkiem szybko i po kilkunastu odsłuchach znam ją całkiem nieźle. Korci mnie, żeby nazwać nagranie Westberga wyważonym. Balans pomiędzy grupami instrumentów jest bardzo dobry, tempa umiarkowane – ani za szybkie, ani nie nazbyt powolne. Zanim jednak przejdziemy do przykładów, słowo ostrzeżenia i wyjaśnienia – nie mam pojęcia, skąd się tam wziął ten sztuczny i irytujący pogłos, ale mocno przeszkadzał w bardziej dynamicznych fragmentach. Jedno jest pewne – został dodany sztucznie i nie wynikał z akustyki sali. W pierwszej części dobrze prezentują się solówki fagotu i fletu w śpiewnym sibeliusowskim temacie, płynącym ponad długo trzymanym wysokim dźwiękiem smyczków:

 

Równie przekonująco wypadają budowane bez zbędnej emfazy quasi filmowe kulminacje:

 

Drewno ma również sporo do pogrania w drugiej części. Tutaj również bardzo dobrze prezentują się traktowane dość lakonicznie liryczne fragmenty:

 

W trzeciej części Westerberg dobrze odnajduje się w parodystycznym klimacie muzyki:

 

Wszystkie gagi Atterberga również są dobrze podkreślone:

 

Wydaje mi się, że rejestracja Westerberga to dobry punkt, od którego można rozpocząć przygodę z tym utworem. Gra orkiestry jest bardzo dobra, a dyrygent prezentuje dzieło w obiektywny, pozbawiony przerysowań sposób.

Stig Westerberg, Sveriges Radios Symfoniorkester, I – 9:56, II – 12:25, III – 8:35 [31:06]

 

715d9hdvdol-_sl1088_

 

 

 

Junichi Hirokami to dyrygent odpowiedzialny za drugie nagranie, które poznałem. Dźwięk jest gorszy niż w przypadku rejestracji Westerberga, gra smyczków i blachy również nie pozostawia zbyt dobrego wrażenia. Wtrącenia blachy brzmią sztucznie, brak im też ciekawej barwy. Sama interpretacja oferuje w pierwszej części więcej kontrastów niż wersja Westerberga. Rozpoczyna się obiecująco. Posłuchajcie szybszego tym razem tematu drewna w pierwszej części:

 

W drugiej części bardzo rzuca się w uszy mało wyrazista i cienka gra orkiestry, która w ogóle nie pasuje do charakteru muzyki. Dodatkowo tempo jest zbyt wolne i muzyka wlecze się niepotrzebnie:

 

Również w trzeciej części dyrygent utrzymuje ślamazarne tempo. Być może chciał w ten sposób podkreślić parodystyczny charakter muzyki, ale cienki dźwięk połączony z pozbawioną energii i werwy grą orkiestry sprawia, że wizja Hirokamiego nie porywa i nie wciąga. Poszczególne fragmenty brzmią momentami lepiej niż w nagraniu Westerberga, ale nie są w stanie stworzyć spójnej całości. Brak tu też poczucia ciągłości narracji. Posłuchajcie zakończenia:

 

Jeśli mam być szczery to nagranie Hirokamiego zmęczyło mnie i znudziło. Jego interpretacja jest źle nagrana, tempa w drugiej i trzeciej części – stanowczo zbyt powolne, a gra orkiestry pozbawiona barwy i subtelności. Przede wszystkim przeszkadza jednak brak spójnej wizji, poczucia, że muzyka dokądś podąża.

Junichi Hirokami, Norrköping Symphony Orchestra, 1992, I – 10:00, II – 13:18, III – 9:52 [33:16], BIS

 

W drugiej części nagrań będzie zdecydowanie więcej, pojawi się też kilka zaskakujących, bardzo znanych nazwisk.

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.