Copland, Hindemith i Silvestrov w Filharmonii Narodowej

Wtorkowy koncert chóralny pod dyrekcją Bartosza Michałowskiego w Filharmonii Narodowej był ważny i niepowtarzalny, prawykonano bowiem nowe dzieło wybitnego kompozytora ukraińskiego, Valentina Silvestrova. Jego dzieło zestawiono z neoklasycznymi, rzadko wykonywanymi kompozycjami sakralnymi dwóch twórców XX wieku, napisanymi w 1947 roku.

Całość rozpoczęło wykonanie In the Beginning Aarona Coplanda. Jest to dzieło przeznaczone na chór mieszany a cappella i mezzosopran solo (partię tę wykonała Małgorzata Pańko-Edery). W tym lekkim, a momentami nawet żartobliwym dziele kompozytor wykorzystał angielski przekład fragmentu Księgi Rodzaju. Na początku głos solowy przeplata się z partiami chóralnymi, jednak później Copland zróżnicował fakturę, a obie partie przeplatają się. Chór Filharmonii Narodowej wykonał to dzieło dynamicznie, dużą wagę przykładając do dykcji, co przełożyło się też na zrozumiałość tekstu.

Apparebit repentina dies Paula Hindemitha to z kolei dzieło przeznaczone na chór mieszany i zespół dęty (4 waltornie, 2 trąbki, 3 puzony, w tym basowy, i tuba). Jego tematyka to sąd ostateczny, a kompozytor wykorzystał tu tekst anonimowego łacińskiego hymnu sprzed 700 roku. Dęte mają tu za zadanie imitować trąby wzywające na rzeczony sąd, a całość jest rzeczywiście imponująca jeśli chodzi o kunsztowność opracowania, ale trudno nazwać to dzieło najlepszym utworem Hindemitha. Bardziej niż sam utwór ciekawiło tu staranne wykonanie. Bardzo dobre wrażenie sprawili zarówno muzycy grający na dętych, jak i oczywiście chór. Na docenienie zasługiwała także staranność w dobieraniu proporcji dynamicznych i wynikająca stąd czytelność interpretacji Michałowskiego. Nikt tu nikogo nie zagłuszał, wszystko było doskonale słyszalne.

Jednak główną atrakcją koncertu było prawykonanie nowego utworu Silvestrova: Psalm na wielki chór mieszany a cappella – 8 wariacji (attaca) na temat ukraińskiej pieśni ludowej Oj, zza hory kam’yanoyi (Oj, zza góry kamienistej). Tekst opowiada o osobie, który goni swoje młodzieńcze lata i namawia je do powrotu, te jednak odmawiają, argumentując że nie były szanowane. Styl chóralny Silvestrova jest szalenie specyficzny, bardzo indywidualny. To kontemplacyjna, wyciszona, nastrojowa muzyka, w której trzeba umieć się zatopić. Głos solowy (tę partię śpiewał świetny Damian Wilma) wykonuje tekst, a chór dopowiada i komentuje, często śpiewając bocca chiusa, co dawało efekt cichego, miarowego nucenia. Cicha dynamika, powolne tempo, refleksyjny charakter tekstu – wszystko to złożyło się na całość urzekającą, refleksyjną, jesienną, pełną nostalgii, może też żalu. Przepiękna, bezczasowa muzyka. Nie wiem jednak czy obecny na prawykonaniu kompozytor był do końca zadowolony z wykonania. Było ono przepiękne, staranne i poetyckie, a chór bez cienia wątpliwości jest w szczytowej formie, jednak już w tytule Silvestrov zażyczył sobie, aby poszczególne ogniwa wykonywane były attacca. Tymczasem podczas warszawskiego koncertu przerwy były bardzo wyraźne. Publiczność zachowywała się jak przysłowiowa mysz pod miotłą, ale poczucia ciągłości niestety tu nie było.

Przed koncertem odbyło się też na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina spotkanie z kompozytorem. Sędziwy, ale pełen wigoru kompozytor opowiadał o rozwoju swoich muzycznych zainteresowań, o awangardzie (także o tym, jak ważna była dla niego Warszawska Jesień!) i o swoim rozumieniu muzyki. Zagrał też na koniec na fortepianie swój najnowszy utwór, który powstał podczas ucieczki z Kijowa do Berlina. Świadomość, że ten wybitny artysta dzieli los milionów innych uchodźców z Ukrainy, nadawała jego obecności w Warszawie bardzo poruszającej aury.

foto. Grzesiek Mart doc / Filharmonia Narodowa

 

 

 

 

 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.