Sir Simon Rattle, Daniil Trifonov & London Symphony Orchestra w Musikverein

Program jaki London Symphony Orchestra i Sir Simon Rattle zaproponowali wiedeńskiej publiczności podczas wtorkowego koncertu był rozbudowany i treściwy. Składał się przy tym w całości z dzieł kompozytorów francuskich, był więc wyrazowo spójny, co miało swoje dobre i słabsze strony.

LSO rozpoczęła pięcioczęściową suitę z opery-baletu Les Indes galantes Jeana-Philippe’a Rameau w mocno, acz symetrycznie okrojonym składzie – dziesięcioro pierwszych i ośmioro drugich skrzypiec, sześć altówek, cztery wiolonczele i dwa kontrabasy, kilka fagotów, flety, perkusja (w tym łańcuch!). Orkiestra zagrała utwory w manierze quasi-hipowej, co dało się odczuć zwłaszcza w sekcji smyczków. Artykulacja była krótka, a muzycy używali mało smyczka i grali bez wibracji. Sama muzyka jest urokliwa, choć barokowe „egzotyzmy” mogą lekko śmieszyć, co tyczyło się zwłaszcza części czwartej – Les Sauvages. Pod batutą Rattle’a część ta brzmiała zresztą bardziej wytwornie niż dziko, co zgadzało się zresztą z charakterem muzyki. Pięknie wypadła też śpiewna Chaconne.

Potem nastąpiły dzieła chronologicznie późniejsze. Solistą w Koncercie G-dur Maurice’a Ravela był Daniil Trifonov, który rozpoczął to dzieło zjawiskowo – nadspodziewanie perliście i delikatnie, i utrzymał się w tej stylistyce do końca utworu. Rattle akompaniował mu w przejrzysty sposób, aczkolwiek miałem wrażenie, że LSO nadal się rozgrzewa i nie daje z siebie wszystkiego. Piękne były jednak glissanda harf w pierwszej części, dobrze brzmiały też puzony. Bardzo solidne wykonanie, chociaż trochę pozbawione charakteru. Nic na to nie poradzę, ale nie mogę przyjąć wolnej części tego koncertu – obojętnie kto gra i kto dyryguje, to jest dla mnie po prostu śmiertelnie nudna. Na bis pianista zagrał swoją transkrypcję pierwszej części Dzwonów Rachmaninowa. Zabrzmiała ona jednak nieco mętnie i ubogo, a w prowadzeniu narracji zabrakło przejrzystości. Przerabianie na fortepian kantaty na chór i wielką orkiestrę chyba nie jest najlepszym pomysłem.

Images Claude’a Debussy’ego składa się z trzech części – Gigues, IberiaRondes de printemps. Rattle odwrócił jednak kolejność dwóch ostatnich części, co było słuszną decyzją ze względu na feeryczne i efektowne zakończenie drugiego ogniwa. Gigues brakuje zdecydowanego charakteru – są tam co prawda odcinki o bardziej ożywionej rytmice, ale całość sprawia jednak melancholijne i marzycielskie wrażenie, podkreślane jeszcze przez cytaty z muzyki angielskiej. Rattle dobrze podkreślił zróżnicowany nastrój tego dzieła, zwłaszcza pięknie zaprezentował się rożek angielski. Korowody wiosenne są dziełem bardziej wyrazistym i utrzymanym w szybszym tempie. Niestety, pod batutą Rattle’a odcinek ten był ospały, a główny materiał tej części zabrzmiał w artykulacji legato miękko, słabo i mało wyraziście. Znakomicie, żywo i ogniście rozpoczęła się Iberia, tryptyk w tryptyku. Tempo było dobrze dobrane, a glissanda puzonów i pulsująca rytmicznie sekcja perkusji tworzyły obraz efektowny i całkowicie trafny. W Les parfums de la nuit Rattle potwierdził to, co zacząłem podejrzewać już w Korowodach. Nie jest dyrygentem, który skupia się na kolorystyce, przez co jego wykonaniom brak oszałamiającej barwności kreacji Stokowskiego czy Dutoita. Lubi też wolne części prowadzić rozlewnie, co oddala go od francuskiej tradycji interpretacji Monteuxa czy Martinona i sprawia, że brzmią one nieco wodniście. Poczyniwszy te zastrzeżenia muszę jednak dodać, że były w Iberii fragmenty magiczne, jak choćby przejście od Woni nocy do Poranka dnia świątecznego. LSO ma przepiękne piana, co w tego typu muzyce daje zjawiskowe efekty. Sam finał zaś zagrany był żywo i z werwą. Smyczki kapitalnie imitowały brzmienie gitar, a solo klarnetu było zawadiackie.

Koncert zwieńczyło brawurowe wykonanie La valse Ravela. LSO ponownie miała okazję naprawdę pograć, a cienisty, mroczny początek dzieła w pizzicatami kontrabasów i glissandami harf rozwinął się logicznie w pełen melancholii taniec, który przeistoczył się w końcu w wariackie pandemonium, które byłoby zdecydowanie lepsze gdyby słychać w nim było tam-tam.

Wrażenie było jednak jak najbardziej pozytywne. London Symphony Orchestra gra precyzyjnie i przejrzyście, choć nie obraziłbym się, gdyby Rattle bardziej podkreślał kolorystykę w częściach wolnych, które mogłyby też być odrobinę szybsze. Miałem okazję zamienić z nim kilka słów po koncercie i nawiązać do jego nietypowej pod wieloma względami interpretacji Tańców góralskich Moniuszki z krakowskiego koncertu. Sir Simon odparł na te uwagi (nie będące w żadnym razie krytyką!): „it was done with love”. I o to chodzi!

 

foto. Berliner Philharmoniker

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.